Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Samotność strachu – recenzja filmu „Nosferatu – symfonia grozy”

Jakże dziwnie, w dobie niezwykłych efektów specjalnych oraz kina 3D, ogląda się dziś stare filmy nieme. Jakże różne są to obrazy od tego, czym na co dzień zalewają nas największe światowe wytwórnie. Taki seans filmowy jest niczym krótka podróż w czasie, do innego świata, innej rzeczywistości. Jeśli zaś film, z którym zdecydujemy się wybrać w tę przedziwną wyprawę, będzie jednym z największych dzieł kina niemego, podróż nasza może przynieść wrażenia, których żadne współczesne dzieło nie jest w stanie dostarczyć. Zapomnijcie o chipsach i popcornie, weźcie ze sobą kogoś o mocnych nerwach i usiądźcie wygodnie w kapsule czasu, której nazwa brzmi „Nosferatu – symfonia grozy”.

„Nielegalny” Nosferatu

Film w reżyserii Friedricha Wilhelma Murnaua, którego premiera odbyła się w 1922 roku, nosi wiele zaszczytnych tytułów. „Nosferatu – symfonia grozy” uważany jest nie tylko za wybitne dzieło niemieckiego ekspresjonizmu oraz jeden z pierwszych i jednocześnie najlepszych horrorów, ale również za obraz o niezwykłej symbolice, przesłaniu i tajemnicy rodzącej po dziś dzień wiele niesamowitych spekulacji. Scenariusz oparty został na powieści „Dracula” autorstwa irlandzkiego dziennikarza – Brama Stokera. Modyfikacje, widoczne w oryginalnej wersji filmu, miały zapobiec roszczeniom z tytułu praw autorskich ze strony rodziny Stokera. Niestety, zabieg ten nie powiódł się. Po przegranym procesie, Murnau został zmuszony do zniszczenia wszystkich kopii „Nosferatu”. Film przetrwał jedynie dzięki nielegalnym, „pirackim” kopiom, które pozostawały w rękach osób niezbyt przejmujących się nakazami sądu. Dziś, po 90 latach od jego premiery, możemy śmiało uznać, iż był to pierwszy przykład tego, w jaki sposób „piractwo” przyczyniło się do wzbogacenia światowego dziedzictwa kultury.

W wersji oryginalnej filmu imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione, zaś fabuła okrojona dla potrzeb wizji reżysera. W późniejszych kopiach powrócono do oryginalnej pisowni nazwisk, nie próbując już, na szczęście, żadnych manipulacji z treścią „Nosferatu”.

Symfonia grozy

Dość uproszczona fabuła filmu opowiada historię młodego pracownika agencji pośredniczącej w handlu nieruchomościami, który na polecenie szefa udaje się do odległej Transylwanii w celu sfinalizowani transakcji z hrabią Orlokiem. Będąc już na miejscu, zostaje uwięziony przez swojego przerażającego gospodarza. Hrabia Orlok, pod wpływem impulsu wywołanego widokiem podobizny żony młodego handlowca, postanawia udać się w podróż do miasta, w jakim żyje tak fascynująca kobieta. Do Wismaru dostaje się dzięki okrętowi „Demeter” i jego załodze, której krew utrzymuje go przy siłach w długiej podróży. Będąc już na miejscu, wampir zaczyna szerzyć strach i śmierć, powoli przybliżając się do upatrzonej z dawna ofiary…

Jednak w „Nosferatu – symfonia grozy” to nie fabuła i dzieje poszczególnych postaci są najważniejsze. O niezwykłości filmu decyduje jego nastrój oraz charakteryzacja i gra aktorów, których artyzm odszedł w zapomnienie wraz z całym kinem niemym.

Pozbawione dźwięku kino zmuszało aktorów do niezwykłej, czasem wręcz nienaturalnej ekspresji, wyrażania myśli i emocji za pomocą gestu, postawy i mimiki. W filmie tak bardzo skupionym na budowaniu napięcia i nastroju, podobne wymagania nie tylko okazały się zbawienne, ale wręcz nadały całej produkcji jakiegoś nadnaturalnego wymiaru. Pozorna przesada w gestach i zachowaniu aktorów staje się wstępem do symfonii grozy, zmuszając widza do przestawienia się na inny sposób postrzegania i odczuwania. Charakteryzacja, we współczesnym kinie stanowiąca jedynie kolejny dodatek do efektów specjalnych, w „Nosferatu” podniesiona jest do rangi sztuki. Stanowiąc nierozerwalną jedność z kunsztem aktorskim, skutkuje efektem uderzającym widza z ogromną siłą. Dzięki niej, zarówno groteskowa postać Renfielda (Knock’a), jak i przerażający Nosferatu (Orlok), sprawiają wrażenie aż nazbyt realnych. Nie trudno zrozumieć skąd wzięły się legendy przedstawiające Maxa Schreck’a, odtwórcę głównej roli, jako prawdziwego wampira. Przy każdej kolejnej scenie, w której się pojawia, w głowie widzów rozbrzmiewa pytanie: czy to możliwe, aby to był zwykły człowiek?!

Jednak ponad grą aktorów i ich charakteryzacją znajduje się sam nastrój filmu. „Nosferatu – symfonia grozy” to jeden z najlepszych przykładów na to, że prawdziwe kino może obyć się bez techniki, jeśli tylko zawiera w sobie choć przebłysk geniuszu. Nastrój w „Nosferatu” to cień, symbolika, przejaskrawienie emocji i wyrazistość postaci. To również przesłania ukryte w poszczególnych scenach i zagadki rozrzucone po całym filmie. Nastrój ten widzimy w przerażonych twarzach transylwańskich wieśniaków, w symbolicznych ujęciach plenerowych, szalonym wzroku Renfielda i potwornej postaci Orloka. Przede wszystkim jednak ów niezwykły nastrój dostrzec możemy w przesłaniach, jakie Murnau zawarł w swym dziele. Najważniejszymi zaś są obojętność na śmierć i potworna tęsknota, pragnienie bliskości, które samego Nosferatu doprowadza do zguby.

Strach samotności – samotność strachu

„Nosferatu – symfonia grozy” nie jest filmem efektownym ani łatwym w odbiorze. Uproszczenie fabuły, pozornie niepotrzebne, czasem trudne do zrozumienia sceny, mogą zniechęcić przeciętnego konsumenta horrorów. Nie ma tu krwi, trup ściele się gęsto jedynie poza głównym kadrem, a bohaterowie mogą razić nienawykłych do kina niemego odbiorców swoją „przesadną” grą aktorską. Jednak dla tych, którym nie straszne podobne utrudnienia, „Nosferatu” potrafi zaoferować coś naprawdę specjalnego i wyjątkowego. Jest to film przedziwny, tajemniczy i niemal oniryczny. Seans z nim przypomina nieco podglądanie czyjegoś sennego koszmaru, którego najważniejszym celem nie jest bynajmniej wzbudzanie strachu i przerażenia, ale uświadamianie obserwatorowi, że ponad strachem istnieją emocje o znacznie bardziej niszczycielskiej sile… emocje, którym nie wolno się poddać.

Dyskusja