Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Coś na progu nr 1 – omówienie

„Coś na progu” to nowy dwumiesięcznik poświęcony szeroko pojętej kulturze grozy. Przedsięwzięcie, na czele którego stanął Łukasz Śmigiel – wrocławski wydawca i pisarz, ma szansę wypełnić lukę powstałą po zawieszeniu „Lśnienia”. Lektura pierwszego numeru udowadnia, że „Coś na progu” to bardzo ambitna inicjatywa.

Lovecraft jako temat numeru

Za temat przewodni pierwszego numeru posłużył Howard Philips Lovecraft, któremu poświęcono szereg interesujących artykułów oraz opublikowano część jego twórczości. Już pierwszy z tekstów stanowić będzie nie lada smaczek dla sympatyków Samotnika z Providence. S.T. Joshi, autor wydanej niedawno w Polsce obszernej biografii pisarza, przedstawia w swoim artykule inspiracje, które posłużyły Lovecraftowi przy pisaniu „Wzgórza” i „W górach szaleństwa”. Okazuje się, że w swojej twórczości czerpał on nie mało z dorobku innych literatów.

W kolejnym tekście, Mateusz Kopacz odsłania przed czytelnikami mało znany obszar twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta, jakim są jego eseje i korespondencja. Co ciekawe, artykuł zbiega się z planowaną na bieżący rok antologią, która będzie wypełniona po brzegi podobnymi tekstami.

Do najciekawszych artykułów zaliczyć trzeba ten, przygotowany przez Joannę Kułakowską. Na jego łamach autorka przekonuje, że twórczość Lovecrafta można rozpatrywać nie tylko w kategoriach zwyczajnych powieści i opowiadań grozy, ale i jako nośnik pewnych uniwersalnych, ponadczasowych treści. W tekście Jana Wieczorka dowiadujemy się zaś, że Cthulhu i twórczość Lovecrafta niejednokrotnie gościli w komiksie. Autor pokusił się o podanie kilkunastu najważniejszych tytułów z tego obszaru – niestety, większość z nich nie doczekała się do tej pory polskich wydań.

Pozostając przy temacie inspiracji Lovecraftem przez twórców innych dziedzin sztuki, należy wspomnieć kilka słów o artykule Kamila Pawłowskiego, w którym zebrał on rozmaite przykłady na to, w jaki sposób na przestrzeni lat mitologia Cthulhu wykorzystywana była w muzyce. Okazuje się, że twórcy wielokrotnie pisywali swoje utwory pod jej natchnieniem, przy czym – nie powinno być niespodzianką, że chodzi głównie o zespoły rockowe i metalowe. Ciekawym i przydatnym zabiegiem, o który pokusił się autor, jest umieszczenie fragmentów tekstów pomiędzy zdaniami artykułu.

Gratką dla miłośników Lovecrafta będzie wiersz „Prastary szlak”, autorstwa Samotnika z Providence. Przetłumaczony na język polski przez Mateusza Kopacza, stanowi zgrabne zamknięcie przewodniego tematu pierwszego numeru.

Opowiadania

Czasopismo takie jak „Coś na progu” nie mogłoby się obyć bez dawki literatury. Dlatego też twórcy pisma przygotowali dla czytelników dwa niezbyt długie opowiadania, jednak nie można im nic zarzucić pod względem poziomu literackiego. Pierwszym tekstem jest „Makak” Edwarda Lee, w którym poznajemy Hulla – przemytnika narkotykowego, próbującego szmuglować towar za pośrednictwem, obecnie, grubej ryby w tym biznesie. W opowiadaniu pełnym mocnej erotyki i intrygujących postaci, groza narasta wraz z lekturą każdego kolejnego zdania, a całość wieńczy przekonujące i nieoczekiwane zakończenie.

Drugi z zamieszczonych w piśmie utworów to nowela „Engramy Szatery” autorstwa Stefana Grabińskiego. Określany często mianem polskiego Edgara Allana Poe, Grabiński znany jest między innymi jako twórca tak zwanego „horroru kolejowego”. „Engramy Szatery” wpisują się w tę konwencję, stanowiąc nie lada gratkę zarówno dla miłośników twórczości autora, jak również tych sympatyków horroru, którzy wcześniej nie mieli okazji się z nią zapoznać. Także w tym przypadku publikacja tekstu na łamach „Coś na progu” zbiega się z premierą nowej książki – „Wichrowatych Linii”, pierwsze kompletne wydanie rozproszonych utworów Stefana Grabińskiego, które już wkrótce ma ukazać się nakładem wydawnictwa Agharta.

Dla każdego „Coś” miłego

Osobny dział w czasopiśmie stanowi „Strefa kryminału”, na którą składają się trzy artykuły opublikowane z myślą o sympatykach gatunku. Agnieszka Papaj przybliża czytelnikom twórczość Borysa Akunina, rosyjskiego pisarza, którego kryminały cieszą się ogromną popularnością wśród naszych wschodnich sąsiadów, zaś Monika Samsel-Chojnacka wraz z Rafałem Chojnackim czynią to samo ze szwedzkim pisarzem, Henningiem Mankellem – autorem postaci Kurta Wallandera. Jednym z najciekawszych tekstów w całym piśmie jest natomiast wywiad z medykami sądowymi. Obnażone zostają w nim kulisy pracy osób, które z racji wykonywanego zawodu, ze śmiercią i zbrodniami obcują na co dzień. W interesujący sposób zostało skonfrontowane to, co widzimy w filmach bądź o czym czytamy w książkach, z rzeczywistością, która zazwyczaj bywa znacznie mniej efektowna. Jako że ma to być wywiad-rzeka, można spodziewać się, że kolejnych, podobnych tekstów nie zabraknie w następnych numerach – i bardzo dobrze, gdyż jest to jedna z najlepszych części czasopisma.

W „Varii” znalazło się miejsce na kolejne trzy artykuły, tym razem nie połączone w żaden sposób wspólną tematyką. Marcin Kiszela zapoznaje czytelników z bizarro fiction, a Łukasz Buchalski z motywem wampirycznych uwodzicielek w kulturze grozy. Fani anime również nie będą pokrzywdzeni. Specjalnie dla nich Jacek „Pottero” Stankiewicz przygotował artykuł zatytułowany „W krainie bogów Animeowanej grozy”, poświęcony horrorowi w japońskiej animacji.

Coś dla siebie znajdą także miłośnicy gier. Na łamach pierwszego numeru „Coś na progu” znalazły się dwie recenzje. Michał Żółciński przybliżył czytelnikom karciankę „Munchkin Cthulhu”, zaś Mateusz Pitulski wziął pod lupę „Cthulhu Dice”.

Zwieńczeniem lektury są dwa felietony, autorstwa Marcina Wrońskiego i Bartosza Czartoryskiego. Po przewróceniu ostatniej strony z żalem przyjmuje się do wiadomości, że na kolejny numer trzeba czekać kolejne dwa miesiące, bowiem „Coś na progu” jest tym, czego mogło brakować miłośnikom horroru. Pod kątem merytorycznym projekt Łukasza Śmigla prezentuje się nader dobrze. Artykuły są interesujące i w większości solidnie napisane, a mocną ich stroną jest fakt, że autorzy bardzo często odsyłają czytelnika do konkretnych dzieł kultury, których poznanie pozwoli mu na zgłębienie danego zagadnienia. To zachęca czytającego do własnych poszukiwań, rozwijania zainteresowań i poszerzania swoich horrorowych horyzontów. Jeśli taki cel przyświecał twórcom, to mogą być z siebie dumni.

Atutem czasopisma jest także jego wydanie. „Coś na progu” ma bardzo wygodny, niemal kieszonkowy format. Okładka wygląda nader zachęcająco, nie tylko ze względu na rewelacyjną ilustrację Michała Oracza, ale i połyskujący, śliski papier, z którego ją wykonano. Wnętrze jest oczywiście czarno-białe, szata graficzna prosta, lecz nastrojowa, natomiast czcionka stosunkowo niewielka. Całość liczy sześćdziesiąt cztery strony i kosztuje niespełna dziewięć złotych, co w stosunku do treści oraz jakości wydania nie wydaje się wygórowaną ceną.

„Coś na progu” to projekt zdecydowanie warty uwagi. Pierwszy numer, za sprawą świetnych opowiadań oraz szeregu interesujących artykułów, z pewnością rozbudzi nadzieje czytelników przed planowaną na maj drugą odsłoną. Jedno jest pewne – żaden szanujący się miłośnik horroru nie powinien przejść obok tego pisma obojętnie.

Dziękujemy wyd. Dobre Historie za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.


Materiały użyte w recenzji pochodzą z fanpage’u wydawnictwa Dobre Historie i zostały wykorzystane za jego zgodą.

Dyskusja