Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

I niech Bóg daruje grzechy scenarzystom – recenzja filmu „Demony”

Nie od dziś wiadomo, że jednym z najskuteczniejszych sposobów na przyciągniecie do kina szerokiej widowni, jest przygotowanie odpowiednio zachęcającego traileru. Pal licho rzeczywistą wartość filmu – jeśli zwiastun prezentuje się odpowiednio ciekawie, to niezależnie od niej do multipleksów ściągną rzesze naiwnych widzów, w nadziei, że cały obraz będzie równie dobry, jak jego dwuminutowa „zajawka”. Reguła ta stanowi także klucz do zrozumienia, dlaczego zyski z tak beznadziejnego filmu jak „Demony”, wielokrotnie przewyższyły jego budżet, wynoszący zaledwie milion dolarów. To już drugie, niezbyt udane, podejście Williama Brenta Bella do gatunku horroru. Grozy w nim jednak tyle, co kot napłakał – a za osobliwy koszmar należy uznać fakt, iż znaleźli się ludzie, którzy dopuścili, by „Demony” w ogóle zagościły na ekranach polskich kin.

Bohaterką filmu jest Isabella Rossi, której matka przed dwudziestoma laty padła ofiarą opętania. Podczas odprawianych na niej egzorcyzmów, zabiła trzy osoby, lecz z powodu niepoczytalności nie trafiła do więzienia, a do szpitala psychiatrycznego w Rzymie. Isabella decyduje się na podróż do Włoch i na spotkanie z matką, celem wyjaśnienia okoliczności tamtych zdarzeń. W dotarciu do prawdy pomagają jej: Michael, który kręci dokument z wyprawy do Rzymu, oraz dwóch młodych księży – Ben i David, usiłujący na własną rękę, wbrew zaleceniom kościelnych hierarchów, odkryć wszystkie tajemnice tej sprawy.

Wprowadzenie do filmu jest nad wyraz mocne. Zapoznajemy się w nim z materiałem policyjnym, sporządzonym na miejscu zbrodni, gdzie w kałużach krwi, rozrzucone po całym obskurnym pomieszczeniu, leżą trzy zmasakrowane ciała. Na tym jednak kończą się obrazy, mogące choćby zjeżyć włos na głowie widza. Po tym wbijającym w fotel otwarciu, „Demony” nie mają nic do zaoferowania dla wytrawnych fanów horroru. Ci zaś, którzy rozważają pójście do kina celem zaznania strachu, powinni czym prędzej porzucić ten zamiar. W kilku scenach Brent Bell raczy widza mało wyszukanymi jump-scenami (w tym i najbardziej żałosnymi – vide ogromny pies doskakujący do muru, przyprawiający główną bohaterkę niemal o zawał, a widownię o salwy śmiechu). W innych – pokazuje egzorcyzmy, choć także i w tym aspekcie czerpie garściami z klasyków gatunku, jak choćby „Egzorcysta” czy „Egzorcyzmy Emily Rose”. Demony są więc wulgarne, mówią w obcych językach, a wypędzającym je księżom składają wyuzdane seksualne propozycje. Na domiar tego, okaleczają ciała swoich ofiar i wyginają je w nienaturalnych pozach. Krótko mówiąc, w tej materii niczego nowego nam nie pokazano.

„Demony” mają postać dokumentu. Kolejne sceny to nic innego jak zapis z kamery używanej przez jednego z bohaterów. Formuła taka jest w ostatnim czasie popularna (by wspomnieć tylko „Rec”, „Projekt Monster” czy „Paranormal Activity”), lecz nie stosowano jej wcześniej w przypadku filmów poświęconych egzorcyzmom. Na nic jednak zdaje się innowacyjna konwencja w obliczu fatalnego scenariusza. Paradoksalnie, pierwszych kilkadziesiąt minut seansu wcale nie zapowiada katastrofy. Fabuła rozwija się w interesujący sposób, a atmosfera stopniowo zagęszcza. Jednak w momencie, gdy najważniejsze wątki mają wejść w kulminacyjną fazę i widz spodziewa się emocjonującej końcówki, film nagle się urywa, a oglądana przezeń dramatyczna scena nieoczekiwanie okazuje się być sceną końcową. Chwilę później na ekranie pojawiają się napisy końcowe. Naiwnemu klientowi, który wydał na bilet ciężko zarobione pieniądze, scenarzyści pozostawiają masę niedokończonych wątków i znaków zapytania. Nie wiadomo jak skończyła Maria Rossi. Nie wiadomo, co stało się z nękającymi bohaterów demonami. Nie wiadomo nawet, czy którakolwiek z kluczowych postaci przeżyła. W gruncie rzeczy zatem, udając się do kina na „Demony”, widzowie otrzymują film niekompletny, istny półprodukt, którego scenariusz został napisany przy pogwałceniu wszelkich kanonów filmowego rzemiosła.

Warto zauważyć, iż jeszcze przed rozpoczęciem projekcji twórcy uprzejmie informują widza, że ich film nie uzyskał poparcia ze strony Watykanu, a Stolica Apostolska nie udzieliła im żadnej pomocy przy jego realizacji. Trudno jednak, by było inaczej, skoro Kościół Katolicki został w nim przedstawiony jako zbiurokratyzowana instytucja, pełna bezdusznych hierarchów, którzy niespecjalnie przejmują się losem wiernych. Ben i David, dwaj księża pomagający Isabelli, w co drugim dialogu wspominają o potrzebie przeprowadzenia w Kościele głębokich reform, wskazując na skostniałość jego poglądów chociażby na kwestię egzorcyzmów. Obaj kapłani ponadto mają swoje ułomności – jeden z nich cechuje się nad wyraz słabą psychiką, drugi zaś dopuścił się w przeszłości ciężkiego grzechu. Mówiąc krótko, twórcy „Demonów” silą się w swoim filmie na krytykę Kościoła. Jest to jednak krytyka powierzchowna, stojąca na poziomie populizmu i pozbawiona jakiejkolwiek merytorycznej wartości.

Niewiele dobrego da się także powiedzieć na temat obsady. Jedyną aktorką, która stanęła na wysokości zadania i stworzyła dobrą kreację, jest Suzan Crowley w roli Marii Rossi. Sceny z jej udziałem należą do najlepszych, jakie można oglądać w filmie. Doskonale udźwignęła ciężar swojej bohaterki, przekonująco wcielając się w postać opętanej kobiety. Podobnych komplementów nie można jednak wystosować wobec pozostałych aktorów. Gra Fernandy Andrade, jako Isabelli Rossi, stoi na wyjątkowo niskim poziomie. Niczym nie zachwycił także Ionut Grama w roli Michaela Schaefera, nie wspominając już o drewnianym Evanie Helmuth’cie grającym ojca Davida. Jak widać, także i aktorstwo w żaden sposób nie ratuje produkcji Bella, a wręcz przeciwnie – dodatkowo ją pogrąża.

Dla Williama Brenta Bella „Demony” są już drugim nieudanym podejściem do gatunku horroru. I chociaż istnieje powiedzenie „do trzech razy sztuka”, to po obejrzeniu tego filmu niewielu będzie desperatów, którzy postanowią dać reżyserowi kolejną szansę i sprawdzić, czy słynne porzekadło sprawdza się także w jego przypadku. W obrębie swojego gatunku jest to najgorszy film, jaki polskie kina miały okazję gościć na przestrzeni kilku minionych lat. Należy go omijać bardzo szerokim łukiem. Choćby tylko w trosce o własne nerwy.

Ocena: 1/5

Dyskusja