Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kosmiczne rozczarowanie – recenzja filmu „Czerwona planeta”

Mars nie przestaje fascynować twórców science-fiction. Trudno byłoby zliczyć, jak wiele powstało już książek, gier i filmów, w których głównym motywem dla fabuły jest eksploracja tej planety. Jednak nie wszystkie z nich prezentują odpowiednio wysoki poziom artystyczny, by uznać je za godne polecenia. Do tych, które należy omijać szerokim łukiem, zalicza się „Czerwona Planeta” w reżyserii Antony’ego Hoffmana.

W roku 2050 Ziemia staje w obliczu katastrofy ekologicznej. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie wyginie na niej wszelkie życie. Jedyną szansą na ocalenie ludzkości jest przeprowadzka na Marsa. Naukowcy z Ziemi od lat wysyłali tam sondy z algami wytwarzającymi tlen, by stworzyć warunki umożliwiające człowiekowi przeżycie. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, do czasu, gdy rośliny zaczęły nagle znikać. Ponieważ powodzenie tego projektu jest dla Ziemian ostatnią potencjalną szansą na ratunek, na Marsa zostaje wysłana specjalna ekspedycja, która ma za zadanie wyjaśnić, co stało się z algami. Pierwszy załogowy lot na czerwoną planetę okazuje się jednak pechowy. Statek kosmiczny ulega uszkodzeniu, a astronauci, zdani wyłącznie na własne siły, muszą walczyć o przetrwanie.

Pomysł, choć niezbyt odkrywczy, na pierwszy rzut oka może wydać się interesujący. Film otwiera klimatyczne wprowadzenie, z którego widz dowiaduje się, w jak tragicznej sytuacji znalazła się ludzkość. Jednak z każdą kolejną sceną jest coraz mniej ciekawie. Po krótkim, nieco mechanicznym przedstawieniu bohaterów, trafiają oni na Marsa i przez chwilę wydaje się, że fabuła zaczyna nabierać tempa. Jest to jednak złudne wrażenie. Wkrótce pojawiają się

pierwsze dłużyzny, a czarę goryczy przelewają nielogiczności scenariusza. Wreszcie, zaczynamy mieć do czynienia z typowym survival story, w którym postacie – zresztą całkiem papierowe i kiepsko odegrane – giną jedna po drugiej, tradycyjnie wyłaniając jednego nieszczęśnika, który sam będzie musiał stawić czoła wszelkim przeciwnościom, i od którego, a jakże, zależeć będą losy naszej planety.

Bardzo słabo w „Czerwonej Planecie” prezentuje się aktorstwo. Val Kilmer, którego bohater prędko wyrasta na lidera ekspedycji, po raz wtóry udowadnia, że jego sława daleko wyprzedza aktorskie umiejętności. Sztuczny jest także Tom Sizemore w roli doktora Burchenala. Podobnie nijako wypada Benjamin Bratt, słynący jako wybitnie nieprzewidywalny aktor (patrz – świetna rola w „Prawo i porządek”, czy też rozczarowująca w „Układzie prawie idealnym”). Z drugiej strony, w „Czerwonej Planecie” uświadczymy dwóch aktorów, którzy całkiem nieźle wcielili się w swoje postacie. Pierwszy z nich to Simon Baker, przekonujący jako Chip Pettengill, druga zaś to jedyna w „Czerwonej Planecie” rola kobieca, która przypadła w udziale Carrie-Anne Moss. Chociaż kreacja komandor Kate Bowman nie jest najlepszą, w jakiej można było ją do tej pory oglądać, to jednak znacząco wybija się na tle pozostałych, słabo zagranych bohaterów.

Na szczęście, w filmie Hoffmana da się znaleźć elementy, które pozwalają bez większego bólu przebrnąć przez blisko dwie godziny projekcji. Najważniejszym z nich jest scenografia. Tytułowa Czerwona Planeta prezentuje się nader efektownie. Niesamowite wrażenie robią rozległe marsjańskie łąki usłane zielonymi algami, potężne góry i rozległe kratery, na tle których statek kosmiczny bohaterów zdaje się być nie większy, aniżeli łebek od szpilki. Co ciekawe, większość tych obrazów powstała na australijskich i jordańskich pustkowiach. Drugi ze wspomnianych elementów to oprawa muzyczna, na którą składają się utwory, których część na długo zapadnie widzom w pamięć. Ich autorem jest Graeme Revell, który w „Czerwonej Planecie” kolejny raz udowodnił swoją kompozytorską klasę.

„Czerwona Planeta” rozczarowuje. Wprawdzie jest znacznie lepsza niż „Misja na Marsa” w reżyserii Briana de Palmy, która ukazała się w tym samym roku, jednak to za mało, by uznać film Hoffmana za godny polecenia. Scenariusz pełen dłużyzn, nielogiczności i papierowych postaci oraz słaba gra aktorów, każą sklasyfikować go na liście tych produkcji, którym zwyczajnie nie warto poświęcać czasu.

Ocena: 1/5

Dyskusja