Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Łowy na smoki – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 1/2012”

Gdy myślimy o fantastyce i potworach, jedno skojarzenie nasuwa się niemalże od razu. Smoki! Te mityczne bestie towarzyszą człowiekowi w legendach i mitach praktycznie od samego początku. Wzmianki o tych olbrzymich gadach pojawiają się w wielu odmiennych od siebie kulturach, ale co do jednego zazwyczaj te podania są zgodne (może za wyjątkiem Japonii): smoki są złe.

A skoro są złe, to zapewne zagrażają człowiekowi. Trzeba się więc przed nimi bronić. Dlatego też w pierwszej części nowego cyklu Fantasy Komiks: „Łowcy Smoków” powołano specjalny zakon, który walczy z tymi bestiami. Potwory są o tyle gorsze, iż oprócz standardowego arsenału kłów i szponów oraz ognistego oddechu, towarzyszy im tak zwany „złoczar”. Ta tajemnicza moc plugawi wszystko wokół legowiska monstra: od kamieni i roślin po zwierzęta i ludzi. Na te odrażające mutacje odporne są tylko dziewice (I nie tylko na te – przyp. red.). I to właśnie one stanowią trzon zakonu łowców smoków (Obydwie? – pytanie od redakcji).

Od strony fabuły historia, jak widać, prezentuje się naprawdę interesująco i oryginalnie. A jest to w zasadzie preludium do cyklu, który odniósł w Europie duży sukces i dziś liczy kilkanaście tomów. Głównymi bohaterkami są, oczywiście, dwie młode kobiety: łowczyni i jej przyboczna. Muszą zmierzyć się z naprawdę potężnym smokiem. Ale prawdziwym potworem bynajmniej nie okazuje się gad.

Rysunkowo opowieść ta ma się równie rewelacyjnie, jak pod względem wyśmienitego scenariusza. Plastyk portugalskiego pochodzenia, nazwiskiem Varanda, właśnie tym cyklem zyskał sławę i uznanie na rynku komiksowym. Jego postacie łączą to, co najlepsze, jeśli chodzi o walory zachodnio-europejskiej szkoły komiksowej. Postacie są zarówno poprawnie przedstawione anatomiczne, ale także pełne komiksowych wyznaczników gatunku: zdecydowane ale lekkie kontury, mocne barwy, zgrabne sylwetki i realistycznie przedstawione twarze.

Pejzaże i tła również zasługują na uwagę, przynajmniej tak dużą, jaką należałoby poświęcić sylwetkom ludzkim. Rysownik umiał wyśmienicie przedstawić zarówno panoramę obumarłej pustyni, która okala legowisko smoka, jak i tętniące życiem ludzkie metropolie. To właśnie obraz tak olbrzymiego miasta, który zdominował dwie pierwsze stronice komiksu, najbardziej cieszy oko. Miasto leżące w samym centrum wodospadu jest tak sugestywnie przedstawione, że niemalże można usłyszeć szum wody.

A jeżeli mowa o komiksowym przedstawianiu postaci i realnym tle, to jest to mocna strona także innego rysownika tego almanachu: Bileau, który swoimi pracami ozdobił kolejną część epopei „W poszukiwaniu gralla”. Seria ta, od kiedy zadebiutowała na łamach „Fantasy komiks”, zaskarbiła sobie sympatię czytelników. Komiksowa adaptacja arturiańskich legend naprawdę została przedstawiona po mistrzowsku. Co prawda, barwy są o wiele bardziej stonowane, ale nie sposób nie uznać, że wszelkie efekty pirotechniczne, świetlne i tym podobne, wydają się wyjątkowo realne.

Na przykład scena, w jakiej słuszna kara spłynęła na pyszałka, który ośmielił się zając nie swoje miejsce przy osławionym Okrągłym Stole. Wydaje się, że butny nieszczęśnik naprawdę wije się w spazmach rażony zaklęciem.
Jak wspominałem, komiks ten jest adaptacją legend o królu Arturze. Ale wyjątkowo w tym tomie nie on gra główne skrzypce. Tym razem scenarzysta zdecydował się na pierwszy plan wprowadzić syna Artura: Mordeda. Poznaliśmy go w poprzednim tomie jako niemowlę, ale za sprawą przyrodniej siostry króla: Morgany, chłopak w magiczny sposób dorósł. Aby udowodnić swoją dojrzałość, będzie musiał przejść szereg prób. Będą o tyle ciężkie, że nie na swojej ścieżce spotka syna innego, znanego czytelnikom, wojownika. Czy okaże się on przyjacielem czy rywalem? Tego się niestety w tej części sagi o obrońcach Brytani nie dowiemy.

Dla tych wszystkich, którzy czują przesyt europejską fantastyką, wydawcy przygotowali miłą niespodziankę. Oto na łamy tego komisowego zbioru powrócił bestsellerowy cykl: „Samuraj”. Mieliśmy okazję poznać już samotnego Ronina podczas jego podróży na Bezimienną Wyspę, w pierwszych numerach „Fantasy Komiks”. Takeo tym razem zostanie wplątany w kolejne przygody, stające mu na przeszkodzie w wypełnianiu misji odnalezienia brata. Trafi do wioski, której, mimo woli, będzie musiał stać się obrońcą.

Pełen walk i nagłych zwrotów akcji, taki właśnie jest „Samuraj”. Doskonale podkreślają to lekkie rysunki o drobnych, nieco szkicowych konturach. W ten sposób komiks nawiązuje do dalekowschodniego sposobu rysowania, ale podkreśla także dynamiczny charakter opowieści. Takeo niejednokrotnie zmuszony będzie sięgnąć po miecz. A sceny te są przedstawione niezwykle trafnie. Nagłe przejścia z kadru do kadru, rozmazane tło i delikatny lineart sprawiają, że walka nabiera tempa.

Oprócz głównych historii, tradycyjnie już i w tym tomie antologii znalazły swe miejsce krótkie, jedno lub dwustronicowe zabawne historyjki o goblinach, smokach i…dostawcach pizzy. Poznaliśmy ich wiele do tej pory, ale nadal potrafią zaskoczyć swym dowcipem czytelników. Za to wyjątkowo w tym numerze zabrakło miejsca na publicystyczne artykuły.

Trzy doskonałe historie, trzech doskonałych rysowników. To razem daje tylko jedną liczbę, która w szkolnym sposobie oceniania, jest notą celującą. I na taką w całej rozciągłości zasługuje ten oto numer „Fantasy komiks”.

Dyskusja