Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pechowa trzynastka – recenzja filmu „Trzynaście duchów”

Od czasu do czasu niemal każdy miłośnik kina natyka się na filmy, które bez wyrzutów sumienia określiłby mianem słabych, a które jednak z rozmaitych przyczyn na długo zapadają w pamięć. Tak właśnie jest w przypadku debiutanckiego obrazu Steve’a Becka. „Trzynaście duchów” to przede wszystkim naiwny scenariusz i fatalna gra aktorów, ale z drugiej strony – prawdziwa uczta dla oczu.

Arthur Kritcos wiódł spokojne i szczęśliwe życie, wychowując dwójkę dzieci u boku kochającej żony. Do czasu. Po tym, jak jego małżonka zginęła w pożarze, który na dodatek strawił cały dobytek rodziny, Kritcosowie przez długi czas ledwie wiązali koniec z końcem. Niespodziewanie jednak wdowiec dziedziczy niezwykły dom, który pozostawia mu w spadku ekscentryczny wuj Cyrus. Nie mając lepszych perspektyw, Arthur wraz z dziećmi decyduje się na przeprowadzkę do nowej posiadłości. Na miejscu okazuje się, że budynek został wzniesiony wyłącznie ze szkła i stali. Po początkowym zachwycie, nowi domownicy prędko poznają prawdę o miejscu, w którym zamieszkali. Cała posiadłość to w rzeczywistości ogromny mechanizm, napędzany energią dwunastu duchów, zniewolonych przed laty przez Cyrusa. Kiedy Arthur wraz z dziećmi zostaje w niej uwięziony, duchy potępieńców opuszczają swoje kryjówki i rozpoczynają polowanie na śmiertelników.

Fabuła na pierwszy rzut oka może wydać się interesująca, lecz to tylko pozory. Historia opowiedziana w „Trzynastu duchach” faktycznie skrywała znaczny potencjał, jednak został on skutecznie zmarnowany przez scenarzystów. W filmie momentami wieje nudą, a kolejne sceny i wydarzenia są łatwe do przewidzenia, niczym nie zaskakując widza. Także zakończenie jest zupełnie typowe, wręcz szablonowe, choć nie trzeba było wiele inwencji, by wymyślić coś bardziej oryginalnego. Tych, którzy spodziewaliby się po „Trzynastu duchach” porywającej fabuły, pełnej nieoczekiwanych zwrotów akcji, z pewnością spotkałby srogi zawód.

Fatalnie w filmie Becka prezentują się aktorzy. Wyłączając Embeth Davidtz, do której trudno mieć większe zastrzeżenia, a której i tak trafiła się rola drugoplanowa, poszczególni członkowie obsady wypadają nader sztucznie. Przodują na tym polu JR Bourne i Matthew Lillard, ale nawet Tony Shalhoub, powszechnie znany z tytułowej roli w serialu „Detektyw Monk”, wypada tu znacznie poniżej oczekiwań. Podobnie jest w przypadku F. Murray’a Abrahama, a więc odtwórcy głównego złego. Cyrus w jego aranżacji jest bardziej karykaturalny, niż przerażający.

„Trzynaście duchów” posiada jednak pewne atuty, dzięki którym widz jest w stanie przebrnąć przez dziewięćdziesiąt minut projekcji bez większego bólu. Pierwszy z nich to tytułowe duchy. Specjaliści od charakteryzacji spisali się doskonale. Zjawy, które oglądamy w filmie, prezentują się doprawdy potwornie, a każda kolejna sprawia wrażenie bardziej przerażającej od poprzedniej. Szczególne wrażenie robią Zła księżniczka (w tej roli Shawna Loyer) oraz Groźna matka wraz z Wielkim dzieckiem (zagrani przez Laurie Soper i C. Ernsta Gartha) – a to tylko trzy spośród tuzina upiorów, które poznajemy w trakcie seansu.

Inną mocną stroną „Trzynastu duchów” jest scenografia. Twórcy dołożyli wszelkich starań, by odziedziczony przez Kritcosów dom wydał się widzowi równie intrygujący, jak bohaterom filmu. Awangardowe, przeszklone wnętrza, jak i znajdujące się tu i ówdzie skomplikowane mechanizmy sprawiają, że to, co widzimy w posiadłości Cyrusa, bardzo kontrastuje z nawiedzonymi domami, które na ogół możemy oglądać w horrorach. Miejsce akcji zdecydowanie jest jednym z tych elementów filmu, który nie sposób uznać za wtórny czy tuzinkowy.

Wysoki poziom wykonania prezentują także efekty specjalne, których nie poskąpiono widzom, szczególnie w końcówce, na kilka minut przed pojawieniem się końcowych napisów. Natomiast jako horror, film Becka sprawdza się co najwyżej średnio. Znalazło się w nim miejsce na kilka bardzo udanych, brutalnych obrazów, wśród których należy wyróżnić krwawą kąpiel Złej księżniczki oraz scenę śmierci jednego z bohaterów, przeciętego na dwie części przez szklane drzwi. W przypadku tej ostatniej, niewątpliwie możemy mówić o jednym z najefektowniejszych filmowych zgonów na przestrzeni ostatnich lat.

„Trzynaście duchów” to słaby film. Faktu tego nie zmienia nawet kilka istotnych zalet, na czele z dobrymi efektami specjalnymi i doskonałą charakteryzacją. W gruncie rzeczy, obraz Becka gwarantuje widzowi zaledwie półtorej godziny niewymagającej i mało wyszukanej rozrywki na poziomie popcorn movie, idealnej jako tło dla zakrapianego piwem spotkania w gronie znajomych. „Trzynaście duchów” można obejrzeć i mieć z tego pewną, minimalną satysfakcję – ale niewielu będzie takich, którzy będą skłonni kiedykolwiek obejrzeć ten film po raz drugi.

Ocena: 2/5

Dyskusja