Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wy tu sobie czytacie – a ja gorę! – recenzja filmu „Ja gorę!”

Choć z pozoru wydawać się to może niewiarygodnym, to jednak nie można zaprzeczyć, iż polskie kino fantastyczne przeżywało swoje najlepsze lata w mrocznych czasach komunizmu. Doskonały tego przykład stanowi cykl filmowy „Opowieści niezwykłe”, który powstawał w latach 1965 – 1968. Cykl ów składa się z sześciu krótkometrażowych produkcji, opartych w większości na dziełach polskich pionierów fantastyki, sensacji i opowieści grozy. Jedną z nich jest film „Ja gorę!” w reżyserii Janusza Majewskiego – wyjątkowo zabawna adaptacja noweli Henryka Rzewuskiego pod tym samym tytułem.

Pan tu, Panie Przygórzewski, o filmie rozprawiasz – a ja gorę!

A wszystko zaczyna się w noc ciemną, kiedy to do Autora – człowieka dobrze znanego i cieszącego się niemałą estymą, tak wśród ludzi, jak i wśród istot nadprzyrodzonych – w odwiedziny przychodzi duch ubogiego szlachcica z Ukrainy, pana Pogorzelskiego herbu Krzywda. Człek ów niemało się w życiu nacierpiał. Po rozwiązaniu konfederacji barskiej, która pochłonęła szczupłą ojcowiznę imćpana Pogorzelskiego, musiał on szukać ratunku u dawnego protektora, księcia biskupa krakowskiego. Książę biskup, pan wielki, lecz wielce przy tym znudzony i mocno już zblazowany, w uznaniu dawnych zasług powierzył Pogorzelskiemu zarząd nad majątkiem swoim w Samsonowie. Pierwszym zadaniem nowego ekonoma będzie zaś odrestaurowanie starego i z dawna niezamieszkałego zamku, należącego ongi do księcia Wilibalda Zatorskiego, który za dawno już zapomniane przewiny klątwą kościelną obłożony został…

„Ja gorę!” powstał w roku 1967. Jest to czarnobiały film krótkometrażowy, za którego scenariusz, reżyserię, a nawet dialogi odpowiada sam Janusz Majewski. Ręka mistrza, nagrodzonego za ten obraz na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych nagrodą dla najlepszego filmu w dziedzinie innych form filmowych, jest tu doskonale widoczna. W całym cyklu „Opowieści niezwykłych” Janusz Majewski pracował jeszcze przy dwóch innych filmach, jednak to w „Ja gorę!” mógł wykazać się kunsztem zarówno reżysera, jak i scenarzysty. Jego charakterystyczne poczucie humoru znalazło doskonałą pożywkę w prozie Henryka Rzewuskiego, dając efekt przypominający nieco późniejszych „C.K. Dezerterów”.

Pan tu, Panie Przygórzewski, dowcipami się zajmujesz – a ja gorę!

Wiele już powstało filmów próbujących łączyć humor z atmosferą grozy i niesamowitości, ale niewielu udało się to równie dobrze, co omawianej właśnie produkcji. Opowieść o Krzywdzie – Pogorzelskim i prześladującym go duchu pełna jest kpin, parodii i niezwykle wpadających w ucho dialogów. „Pan tu, Panie Pogorzelski robisz to czy tamto – a ja gorę!”, powtarza natrętne widmo księcia Wilibalda. Słowa te, w najróżniejszej konfiguracji towarzyszą widzowi przez cały seans, rozbawiając za każdym razem. Ale humor w „Ja gorę!” to nie tylko dialogi, to także biorące udział w tej historii postacie. Prześladowany przez los, poczciwy Pogorzelski, którego duch ostatecznie wpędza do grobu; śmiertelnie wszystkim znudzony książę biskup oraz bohaterowie drugoplanowi – wszyscy na swój sposób przerysowani, pokazani w nieco krzywym zwierciadle.

Mówiąc o humorze i postaciach, nie sposób nie wspomnieć i o aktorach, oni to bowiem stanowią połowę sukcesu ekranizacji noweli Rzewuskiego. Jerzy Turek w roli Krzywdy – Pogorzelskiego sprawdza się idealnie. Aktor o tak komediowej charakterystyce czuje się w swej roli niczym ryba w wodzie. Równie dobrze spisuje się Jerzy Wasowski jako książę biskup. Co charakterystyczne dla polskich produkcji z tamtego okresu, nawet role epizodyczne obsadzane były świetnymi aktorami. Tak i tutaj mamy Bartosza Opanię w roli głupawego Walka – służącego pana Pogorzelskiego, Kazimierza Rudzkiego jako Autora czy Krystynę Kołodziejczyk w roli folwarcznej dziewki. Ten sposób realizacji filmów zapewniał zwykle równie wysoki poziom aktorstwa w każdej ze scen. W „Ja gorę!” sprawdził się on doskonale.

Pan tu, Panie Przygórzewski, recenzyje jakoweś pisujesz – a ja gorę! A ja gorę!

Przepis na dobre kino lub chociażby na produkcję telewizyjną jest banalnie prosty. Należy wziąć dobry scenariusz, zwłaszcza taki, który ma oparcie w naprawdę dobrej prozie, do tego dodać nietuzinkowego reżysera, fachową i utalentowaną obsadę aktorską, i całość połączyć w jedno na planie filmowym. Banał, a przecież od dawna tak ciężki do zrealizowania przez polskich twórców. Skoro więc nasze współczesne kino fantastyczne od lat już leży, z cicha jedynie pokwikując czasem, sięgajmy śmiało po stare produkcje. „Ja gorę!” nie jest przeznaczone wyłącznie dla koneserów, to pozycja obowiązkowa dla każdego rodzimego fantasty.

Ocena: 5/5

Dyskusja