Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zima nadchodzi – recenzja filmu „Gra o Tron”

Od dawien dawna twórcy seriali telewizyjnych starali się sprowadzić na ekran serię fantasy. Efekty były różne. „Herkules” i „Xena” odnieśli swego czasu spory sukces, choć dzisiaj trudno patrzeć na scenografię i kostiumy w tych produkcjach, bez lekkiego zażenowania. W nowszej historii ich formułę próbował powtórzyć „Miecz Prawdy”, efektów tej próby lepiej nawet nie przywoływać w pamięci. „Przygody Merlina” poszły w kierunku bardziej familijno-przygodowym, odnosząc spory sukces i znajdując sobie swoją niszę na rynku. Jednak to nadal nie było to. Brakowało budżetu, koniecznego dla naprawdę dobrego fantasy. „Camelot” miał piękne kostiumy i scenografię, ale zabrakło w nim reszty, postaci i fabuły. I wtedy nadszedł nowy serial HBO, określany początkowo jako „rodzina Soprano w Śródziemiu”. „Gra o Tron” była tym, na co fani fantasy czekali od bardzo dawna i, co więcej, podobnie jak kiedyś „Władca Pierścieni”, „Gra o Tron” udowodniła, że dobrze zrobione fantasy ma swoje miejsce w mainstreamowych mediach. Ba! Może tam nawet odnieść sukces.

Zima Nadchodzi

„Gra o Tron” opowiada historię walki o władzę pomiędzy potężnymi feudalnymi rodami, na kontynencie Westeros. Głównymi protagonistami są tu szlachetni Starkowie, a antagonistami – podstępni Lannisterowie. Dodatkowo, mamy jeszcze wygnane rodzeństwo Targaryenów, zbierające armię na sąsiednim kontynencie, i nadnaturalne zagrożenie czające się na północy, za olbrzymim Murem z lodu. Tak, mniej więcej, wygląda punkt wyjściowy dla serii. I można pomyśleć, że to kolejna klasyczna historia fantasy, z wyraźnym podziałem na dobrych i złych, z magią i wielkim złem czającym się na północy. Na szczęście, twórcy, między innymi poprzez scenę, w której niemal zabijają małe dziecko, dosyć szybko odchodzą od tego obrazu. A później jest już tylko lepiej. George R. R. Martin w swoich książkach rozprawia się z wieloma „standardami” gatunku, pokazując, że fantasy nie musi być przewidywalne i niedojrzałe. Większość postaci jest moralnie niejednoznaczna, szlachetne czyny kończą

się źle, banda ubranych na czarno kryminalistów broni królestwa, podczas gdy szlachetni rycerze w białych płaszczach okazują się skorumpowani i pozbawieni honoru. Nic tu nie jest takie, jakie być powinno, nawet magia działa zupełnie inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma potężnych magów niszczących całe armie siłą woli, są za to tajemnicze rytuały i ich cena. Wszystko w „Grze o Tron” ma swoją cenę. Jeśli dodamy do tego sex i przemoc, którymi seria ocieka, wychodzi nam bardzo nietypowa mieszanka. Ludzie spodziewający się powtórki z „Władcy Pierścieni”, mogą być bardzo zaskoczeni tym serialem. Gwałt, kazirodztwo, handel ludźmi, dekapitacja, orgia, nieumarli i wyrzucanie dzieci z okien, a mowa tu tylko o pierwszym odcinku. Niemniej, wszystkie te elementy, choć krzykliwe i budujące brudny, brutalny klimat tego świata, nie są tym, co dało „Grze o Tron” sukces. Prawdziwa moc serii, podobnie jak książki, na której ją oparto, tkwi w fabule i w postaciach.

Fabuła
Toczącej się w „Grze o Tron” intrygi nie sposób streścić w jednym zdaniu, czy nawet na jednej stronie. Ilość wątków, historii i intryg przewyższa chyba wszystko, co widzieliśmy w telewizji. A z pewnością przerośnie w kolejnych sezonach. Rozmach, z jakim zbudowano tę historię, był od początku główną obawą twórców.

Spekulowano, czy widzowie nie znający książek nadążą, czy nie poczują się przytłoczeni? Ostatecznie, efekt okazał się wręcz odwrotny. Ilość wątków sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Intrygi Królewskiej Przystani, niebezpieczeństwa Muru, awanturnicze przygody Tyriona, emancypacja Daenerys czy nawet rodzicielskie problemy Neda. Wszystkie te elementy wirują dookoła widza, łącząc się w jedną epicką całość. Ale co najważniejsze, fabuła ta jest dojrzała. Nie ma tu prostych odpowiedzi i moralizatorskiej nadbudówki. Twórcy przedstawiają pewien świat i pewne wydarzenia, bez oceniania ich. Widz sam musi zdecydować, co o tym myśli. To nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy widzimy, jak postępowanie szlachetne i honorowe może prowadzić do okropnych konsekwencji równie łatwo, co podstępne intrygi. Do tego całość jest nieprzewidywalna. Zwłaszcza w drugiej połowie sezonu wydarzenia mają tendencję do pędzenia z niezwykłą prędkością, dążąc od jednego zwrotu akcji do drugiego, kończąc prawie każdy odcinek trzymającym w napięciu cliffhangerem. Choć trzeba tu przyznać, że tak potężna historia potrzebuje czasu, by się rozwinąć i, co za tym idzie, pierwsze odcinki bywają miejscami dosyć powolne. Mimo to twórcy i tak poradzili sobie świetnie z przekazaniem widzowi dużych ilości informacji w dosyć skondensowanej formie (i często z nagimi kobietami w tle).

Postacie
Prawdziwą siłą napędową „Gry o Tron” nie jest jednak fabuła, są nią postacie. Absurdalnie olbrzymia obsada bohaterów wszelkiego kalibru i typu. George Martin stwierdził w jednym z wywiadów, że jego zdaniem postać nie musi być sympatyczna tak długo, jak jest interesująca. I tę właśnie filozofię można jasno dostrzec w „Grze o Tron”. Nie ma tu zbyt wielu herosów bez skazy, stworzonych tylko po to, by widz ich lubił. W Westeros każdy ma wadę, skazę na charakterze, i większość postaci zbudowana jest właśnie wokół tej negatywnej cechy. Ned Stark jest honorowy do przesady, cecha, która w zwykłym fantasy zapewniłaby mu zwycięstwo, tu jest najgorszym, co mogło go spotkać. Jon Snow i Tyrion – obydwaj są niewolnikami swoich kompleksów. Sansa naiwnie wierzy w świat z ballad. Arya i Daenerys są kobietami, co w patriarchalnym społeczeństwie feudalnym samo w sobie potrafi być wadą. Nawet Jaime, pod maską cynizmu i pogardy, skrywa ewidentną słabość i wątpliwości. Prędzej czy później każdy z bohaterów musi stawić czoła tym słabościom i przezwyciężyć je lub zostać przez nie zgubiony.

Równocześnie jednak, twórcom udało się stworzyć w tym serialu wspaniałą obsadę postaci, o które nie sposób się nie troszczyć. Mimo wszystkich ich wad i przewin, nadal kibicujemy im, kiedy są w kłopotach, martwimy się, kiedy ich los staje się beznadziejny, i opłakujemy, kiedy giną. A giną dosyć często. I to kolejna rzecz, która odróżnia „Grę o Tron” od innych serii fantasy, czy seriali ogólnie. Nigdy nie wiesz, kto jest bezpieczny. Pierwszy sezon ustanawia ponad wszelką wątpliwość zasadę, że fabularna zbroja nie chroni żadnego, nawet najważniejszego bohatera. Pocieszeniem mogą być jedynie fakty, że ci źli cierpią tu zwykle na równi z dobrymi, i nawet jeśli twoja ulubiona postać zginie, zawsze masz co najmniej dziesięć innych, których losy przykują cię do ekranu na kolejne odcinki i sezony. Co więcej, im dalej podąża ta historia, tym mniej oczywisty staje się podział na dobrych i złych. W książkach niektóre postacie, które zaczynają na liście najbardziej znienawidzonych, po kilku tomach lądują na liście najbardziej lubianych. Co już samo stanowi o niejednoznaczności bohaterów. Oczywiście, jest też kilka postaci, które po prostu są złe, wynika to ze świadomości, że czasami potrzeba kogoś, kogo widz będzie nienawidził.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o wybitnej wręcz obsadzie. Można się było spodziewać tego po weteranach takich jak Sean Bean, Aidan Gillen, James Cosmo czy Peter Dinklage (nagrodzony za rolę Tyriona zarówno nagrodą Emmy jak i Złotym Globem). Ale naprawdę zaskakują świetne występy młodych, początkujących aktorów takich jak Emilia Clarke, Kid Harington, Jack Gleeson (aż trudno uwierzyć, że w prawdziwym życiu nie jest sadystycznym dupkiem), że nie wspomnę o dzieciach. Sophie Turner, Isaac Hempstead-Wright i Maisie Williams wypadają niesamowicie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ciężar emocjonalny wielu ze scen z ich udziałem. I nawet pomniejsze postacie, jak dziwka Ros czy strażnik więzienny Mord zapadają w pamięć, co ważne przy takim zalewie bohaterów.

Magia

„Gra o Tron” nie jest standardowym fantasy również na polu zjawisk nadprzyrodzonych. Niezaprzeczalnie jest tu magia. Mroźne upiory z północy, wilkory, wielki lodowy Mur, tajemnicze rytuały, smoki. Niemniej, równocześnie George Martin nie popełnił częstego błędu czynienia magii czymś oczywistym i namacalnym. W wielu fantasy czary działają jak urządzenia technologiczne. Wszechobecne komunikatory, teleportacja, magiczne leczenie i kule ognia palące całe armie. Taka magia traci swoją moc, staje się czymś powszednim i, można by rzec, pozbawionym magii. Nie tak było we „Władcy Pierścieni”, tam moc Gandalfa nie była czymś oczywistym i widowiskowym. Czaiła się raczej gdzieś w tle, subtelnie wpływając na świat. Tu mamy jej faktycznie jeszcze mniej. Można o niej całkowicie zapomnieć. Zwłaszcza że same postacie traktują ją jak, no właśnie – magię. Coś tajemniczego, niezrozumiałego, należącego do innego świata, nierealnego. Takie podejście czyni ten jakże istotny element fantastyki świeżym i, co równie ważne, nie odstrasza widzów nienawykłych do kul ognia.

Świat
Nie można pominąć również istotnego elementu, jakim jest kreacja świata. Większość seriali fantasy kiepsko sobie z tym radzi. Chyba wszyscy pamiętamy identyczne, skórzane kostiumy w „Herkulesie”, połączone z ewidentnie sztuczną scenografią. Niczego takiego nie uświadczymy w „Grze o Tron”. Olbrzymi jak na produkcję telewizyjną budżet wykorzystano w 100%. Serial kręcono w Irlandii Północnej i na Malcie. Sporo scen prezentuje piękny plener i wspaniałe zabytkowe budynki. Z drugiej strony, widzimy olśniewające wnętrza stworzone w studiu. Sala tronowa w Królewskiej Przystani, wnętrze Eyrie, cały Czarny Zamek, który zbudowano od podstaw w opuszczonym kamieniołomie, razem z wszystkimi wnętrzami i faktycznie działającą windą opartą o ścianę kamieniołomu. Wszystko to robi olbrzymie wrażenie. Co prawda, było kilka potknięć. Wielki turniej nie wydaje się taki wielki. Horda Dothraków też jakaś taka mała. Ale, co tu dużo mówić, „Gra o Tron” miała spory budżet, jednak nie na miarę „Władcy Pierścieni”.

Kostiumy nie ustępują poziomem reszcie produkcji. Są unikalne dla każdej lokacji i pozwalają jeszcze bardziej zatopić się w świat. W przypadku takich postaci jak Daenerys czy Sansa, są również pewnymi wyznacznikami drogi, którą postacie te przechodzą.

Wszystkie te elementy, w połączeniu ze zmianami w oświetleniu sprawiają, że każda lokacja w serii jest na tyle charakterystyczna i odmienna, iż twórcy zdecydowali się zrezygnować z podpisów na początku sceny. Nie ma nawet szerokich ujęć prezentujących nam, w jakim jesteśmy miejscu. Widz sam ma się domyślić, gdzie jest w tej scenie i raczej nie ma z tym problemów. Jedyną pomocą w rozeznaniu się w geografii świata jest mapa z openingu, co ciekawe, zmieniająca się wraz z postępami serii.

Ogień i Krew

„Gra o Tron” to niezwykła seria. Czy jest doskonała? Nie. Jak każda produkcja, ma swoje potknięcia i braki. Wielu może przyczepić się do zmian, które wprowadzono podczas adaptacji książek na język telewizji. Świat i wiele elementów fabuły uproszczono. Część scen i postaci wycięto. Zmniejszono również liczbę lokacji. Ale to wszystko wydaje się mało znaczące, kiedy spojrzymy na rozmiar i ambicję projektu. „Gra o Tron” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej widowiskowy i najdojrzalszy serial fantasy, jaki kiedykolwiek gościł na ekranach telewizorów. Jego twórcy dokonali tego, co do tej pory wydawało się niemożliwe, stworzyli powszechnie docenianą i nagradzaną serię, która udowadnia, że fantastyka to nie tylko głupawe historyjki ze sztampowymi postaciami; i która pokazuje, że fantasy może bez kompleksów stać obok innych gatunków telewizyjnych i literackich. Pozostaje mieć nadzieję, że drugi, a także kolejne sezony utrzymają poziom i na stałe zapiszą tą serię złotymi zgłoskami w historii telewizji.

A tymczasem, Zima Nadchodzi!

Ocena: 4/5

Dyskusja