Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mars napada! – recenzja filmu „Battleship – Bitwa o Ziemię”

Kino inwazyjne od lat cieszy się niesłabnącą popularnością, nie tylko wśród miłośników fantastyki. Wiedzą o tym doskonale hollywoodzcy twórcy i raz na kilka lat spod ręki tego czy innego reżysera wychodzi na ekrany kin produkcja, w której ludzkość musi stawić opór najeźdźcom z kosmosu. Za podręcznikowy przykład może posłużyć w tym wypadku „Battleship – Bitwa o Ziemię”, film, dla którego inspiracją stała się popularna „gra w statki”. Chociaż nie wprowadza on do gatunku żadnych nowatorskich rozwiązań, to zapewnia ponad dwie godziny przyjemnej, niezobowiązującej rozrywki.

Hej, hej, Mars napada, dookoła ludzi gromada…

W obcym układzie słonecznym zostaje odkryta planeta, wykazująca znaczne podobieństwo do Ziemi. Naukowcy przypuszczają, że może być zamieszkana przez inteligentne istoty. Opracowują system, dzięki któremu możliwe staje się wysyłanie w jej stronę specjalnych komunikatów. Efekty są tragiczne w skutkach. Okazuje się, że mieszkańcy rzeczonej planety nie mają przyjaznych zamiarów. Wkrótce Ziemia staje w obliczu inwazji. Rozpoczyna się wojna, w której stawką jest przyszłość ludzkiej cywilizacji.

Nieszczęśnikiem, któremu przyjdzie dowodzić częścią amerykańskiej floty, jest Alex Hopper. Poznajemy go jako fajtłapowatego, niezadbanego młodzieńca, jednak pod wpływem brata bierze się w garść i dostaje się do marynarki wojennej USA. Jest zdolnym i obiecującym rekrutem, ale marnuje swój potencjał przez niesubordynację i brak odpowiedzialności. Inwazja kosmitów następuje w momencie, gdy wydaje się, że dni Hoppera w armii są już policzone. Bitwa z obcymi staje się dla niego okazją do udowodnienia własnej wartości, zarówno przełożonym, jak i samemu sobie.

Hej, hej, Mars atakuje, żadnej litości nie czuje…

Akcja „Battleship – Bitwa o Ziemię” toczy się na kilku płaszczyznach. Wiodące są wydarzenia na morzu, gdzie Hopper, nieoczekiwanie obejmując dowodzenie nad amerykańskimi okrętami, koordynuje działania wymierzone w kosmicznych agresorów. Jeśli komukolwiek wydaje się naiwne, iż osoba, która jeszcze kilka godzin wcześniej miała wylecieć z armii, nagle, wskutek niespodziewanego zbiegu okoliczności, zostaje najważniejszą personą na statku – to należy go uprzedzić, że podobnych absurdów jest w scenariuszu znacznie więcej. Pojedynczy kosmici, zamiast zabijać atakujących ich ludzi, wolą ich tylko obezwładniać, a marynarze bez skrępowania wywierają naciski na swojego dowódcę, gdy uznają, że wykonanie rozkazu może przynieść więcej szkód niż pożytku. Szczytem jest zaś rozwiązanie fabularne, związane z ponownym powołaniem do służby wiekowego okrętu USS Missouri, tego samego, na którym niegdyś Cesarstwo Japonii podpisało przed Amerykanami akt kapitulacji. To, czy z oglądania „Battleship – Bitwa o Ziemię” będzie się czerpało przyjemność, zależy w głównej mierze od umiejętności widza do przymykania oka na różnego rodzaju niedorzeczności i nielogiczności oraz do oddania się przyjemnej, efekciarskiej rozrywce.

Drugą ze wspomnianych płaszczyzn są wydarzenia, w których oglądamy ukochaną Hoppera, Samanthę, która wraz z niepełnosprawnym, pozbawionym nóg żołnierzem znalazła się w pobliżu miejsca, gdzie kosmici usiłują nawiązać łączność ze swoją planetą. Ów marine, załamany z powodu swojego inwalidztwa, wraz z kilkoma towarzyszami będzie miał tu do odegrania ważną rolę. Płynący z tego morał, iż z prawdziwą niepełnosprawnością mamy do czynienia tylko wówczas, gdy nie ma już w nas woli walki, jakkolwiek piękny, jest jednym z wielu podobnych – oklepanych bądź nazbyt patetycznych przesłań, skrywanych między wersami scenariusza. Bohaterowie „Battleship – Bitwa o Ziemię” przechodzą metamorfozy, wielokrotnie dowodząc swojej wartości. Przekonują się, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko wziąć się w garść i stawić czoła przeciwnościom. Przekaz to ładny i wzruszający, jednak niekiedy trudno oprzeć się wrażeniu, iż podawany jest zbyt nachalnie.

Hej, hej, Mars napada, owoce pracy naszej zjada…

Należy zaznaczyć, że film nie traktuje tematu fabuły śmiertelnie poważnie. Już od pierwszych scen serwuje się widzowi sporą dawkę humoru, który występuje na przestrzeni całego scenariusza, choć faktem jest, iż w miarę rozwoju fabuły, miejsca na dowcip jest w nim coraz mniej. W każdym razie, w „Battleship – Bitwa o Ziemię” katastrofizm jest ledwie wyczuwalny. Nie ma tu poczucia osaczenia i permanentnego zagrożenia, jak miało to miejsce w „Wojnie Światów” Stevena Spielberga bądź, odchodząc od kina inwazyjnego, w „Pojutrze” czy „2012”. Chociaż tu i ówdzie wplatane są krótkie sceny imitujące telewizyjne wiadomości, w których przejęte prezenterki informują o ataku UFO, to wojna, jaką amerykańscy marines toczą z najeźdźcami z kosmosu, jest mało tragiczna. Od czasu do czasu obcy zatapiają jakiś ziemski statek, to fakt, jednak walka z kosmitami zdaje się być dla bohaterów raczej ekscytującą przygodą z dreszczykiem, aniżeli batalią, w której na szali stawia się własne życie.

W rolę Alexa Hoppera wcielił się Taylor Kitsch, którego sympatycy fantastyki mogli nie tak dawno temu podziwiać w kinach jako odtwórcę tytułowego bohatera w filmie „John Carter”. Chociaż w „Battleship – Bitwa o ziemię” nie prezentuje wybitnego aktorstwa, to i tak gra o niebo lepiej, niż we wspomnianej produkcji. Bardzo przyzwoicie natomiast wypada Brooklyn Decker w roli Samanthy, dla której był to dopiero czwarty udział w pełnometrażowym filmie. Jeśli tylko podtrzyma obecną formę, można się spodziewać, iż za jakiś czas w Hollywood będzie o niej bardzo głośno. Podobnie jest w przypadku Rico McClintona, który dotychczas grał wyłącznie w serialach, ale „Battleship – Bitwa o Ziemię” stał się dla niego udanym filmowym debiutem. Jako niepełnosprawny żołnierz, początkowo zrezygnowany, z czasem zamierzający za wszelką cenę dowieść swojej wartości, McClinton spisał się bardzo dobrze. Oprócz tego mamy także Rihannę, która najwyraźniej znudziła się występami na estradach i postanowiła spróbować swoich sił w aktorstwie. Gołym okiem widać, iż postać Raikes, którą miała do odegrania, wpleciono do scenariusza w charakterze piątego koła u wozu. Sama Rihanna wprawdzie posiada pewne braki, jeśli chodzi o mimikę, gdyż na przestrzeni całej produkcji przybrała nie więcej niż trzy różne wyrazy twarzy – jednak jej występ w „Battleship – Bitwa o Ziemię” i tak jest bardziej udany, niż niegdysiejsza rola Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”.

Hej, hej, Mars atakuje, na prostych ludzi poluje…

To jednak, co stanowi o sile opisywanego filmu, to wartka akcja oraz fenomenalne efekty specjalne. Pod tym względem „Battleship – Bitwa o Ziemię” trzyma nadzwyczaj wysoki poziom. Efekty wizualne kosztowały fortunę i, na szczęście, pieniądze te nie zostały zaprzepaszczone. Film Berga stanowi istną ucztę dla oczu. Mamy tu przede wszystkim fenomenalnie zrealizowane bitwy morskie i tak naprawdę jedyne, co można im zarzucić to fakt, iż w bataliach tych biorą udział stosunkowo niewielkie liczby jednostek. Wszelkiego rodzaju eksplozje, wybuchy czy inne pokazy destrukcyjnych sił tkwiących w orężu obu stron konfliktu, robią niesamowite wrażenie, a całości dopełniają zjawiskowe zdjęcia autorstwa Tobiasa A. Schliesslera. W „Battleship – Bitwa o Ziemię” nie ma wprawdzie zrealizowanych z wielkim rozmachem, spektakularnych scen, które będzie się pamiętało przez długie lata, jednak nie wpływa to znacząco na ogólny odbiór oprawy wizualnej filmu, budzącej jednoznacznie pozytywne emocje.

„Battleship – Bitwa o Ziemię” zawiedzie tych wszystkich, którzy od podobnych produkcji oczekują realizmu i irytują ich wszelkiego rodzaju fabularne absurdy bądź uproszczenia. W „Battleship – Bitwa o Ziemię” jest ich na pęczki. Z pewnością natomiast przypadnie do gustu sympatykom efektownej, niewymagającej rozrywki. I właśnie jako taki film, lekki, przyjemny, cieszący oprawą wizualną i przyzwoitym aktorstwem, pozwalający na dwie godziny oderwanie od szarej rzeczywistości – obraz Petera Berga zasługuje na rekomendację.

Ocena: 3/5

Dyskusja