Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Poczwórne rozczarowanie – recenzja filmu „Fantastyczna Czwórka – Narodziny Srebrnego Surfera”

Superbohaterowie nie mają łatwego życia. Nie mogą przejść spokojnie ulicą, bo zaraz oblega ich tłum paparazzi. Nie mogą spokojnie zorganizować własnego ślubu, bo tuż przed powiedzeniem sobie sakramentalnego „tak” okazuje się, że ich miastu grozi katastrofa – a wtedy z ceremonii nici, bo na pierwszy plan wysuwa się ratowanie mieszkańców. Na domiar złego, zawsze grozi im również to, że ich przygody zostaną w fatalny sposób przeniesione na ekrany kin. Właśnie tak rzecz się ma z bohaterami „Fantastycznej Czwórki”.

Surfujący w nudzie

Fabuła drugiej części filmu zaczyna się mniej więcej w tym miejscu, w którym zakończył się wątek znany z pierwszej odsłony. Sue Storm i Reed Richards zamierzają wziąć ślub, tuż po tym, jak wraz z pozostałymi superbohaterami – Johnnym i Benem – pokonują Doktora Dooma. Uroczystość przerywa jednak feralna wiadomość. Ziemia zostaje zaatakowana przez obcą istotę, która sieje spustoszenie na całym globie. Jedynie Sue, Reed, Ben i Johnny są w stanie stawić czoła zagrożeniu. Jednak aby pokonać tajemniczego przeciwnika, będą musieli sprzymierzyć się z… nikczemnym doktorem Doomem, tym samym, który jeszcze niedawno był ich śmiertelnym wrogiem.

Pod względem fabularnym „Narodziny Srebrnego Surfera” prezentują się bardzo słabo, a z całą pewnością znacznie gorzej, aniżeli pierwsza część filmu. Chociaż nie można narzekać na niedobór akcji, to scenariusz pozbawiony jest jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Rozwój wydarzeń jest do bólu przewidywalny, w związku z czym z minuty na minutę coraz trudniej oprzeć się znużeniu, a z czasem – mimo że film nie należy do długich – zaczyna się nerwowo spoglądać na zegarek, w nadziei na jak najszybsze pojawienie się napisów końcowych. Całości dopełniają sztuczne, infantylne dialogi. Szczególnie drażniące są w tym względzie relacje zachodzące pomiędzy Reedem a Sue. Toczące się między nimi dyskusje, a także wzajemne uszczypliwości, przepełnione są banałami oraz prostym humorem, w sam raz dla widzów uczęszczających do szkoły podstawowej.

Pewne zalety są

„Narodziny Srebrnego Surfera” mają, rzecz jasna, pewne zalety. Z pewnością należą do nich efekty specjalne, których jednak – biorąc pod uwagę fakt, iż jest to kino science-fiction i w dodatku ekranizacja komiksu – bardzo poskąpiono. Tym niemniej, ich wykonanie nie budzi zastrzeżeń, a jednym z niewielu obrazów, które pamięta się w kilka godzin po zakończeniu projekcji, jest pięknie animowany, tytułowy Srebrny Surfer.

Szkopuł w tym, że wszelkie pozostałe elementy obrazu stoją, bądź na wyjątkowo niskim poziomie, bądź też są zupełnie przeciętne. Tak jest chociażby z muzyką, która pobrzmiewa w tle, nieźle wkomponowując się w poszczególne sceny, ale żaden z utworów nie prezentuje się na tyle dobrze, by zachęcił do sięgnięcie po ścieżkę dźwiękową.

Krótko, skromnie i nie na temat

Podobnie rzecz się ma z aktorstwem. Poszczególni członkowie obsady nie spisują się źle, jednak żadna z kreacji nie jest na tyle przekonująca, by trwale zapisała się w pamięci widza. Zupełnie przyzwoicie wypadł Ioan Gruffudd w roli Reeda Richardsa, jednak jego filmowa narzeczona, w którą wcieliła się Jessica Alba, zaprezentowała się bez przekonania, a uroda jej odtwórczyni to jedyny pozytyw, jaki da się zapisać na konto tej postaci. Pozostali aktorzy, włącznie z tymi odpowiedzialnymi za kluczowe role, niczym nie zachwycają, zaś szczególnie negatywnie na ich tle wybija się Julian McMahon w roli Victora von Dooma. Występ w „Narodzinach Mrocznego Surfera” może z pewnością zaliczyć do nieudanych, gdyż filmowy czarny charakter w jego wydaniu jest postacią mało charyzmatyczną, by nie rzec – bezpłciową.

Druga odsłona „Fantastycznej Czwórki” rozczarowuje w jeszcze większym stopniu niż część pierwsza. O ile poprzedni film Tima Story’ego, mimo wszystkich swoich wad, był w stanie w jakiś sposób zainteresować widza, o tyle „Narodziny Srebrnego Surfera” nie posiadają tego atutu. Jedyną zaś naprawdę istotną zaletą obrazu jest jego czas projekcji. Dzięki temu, że film jest krótki, po dobrnięciu do napisów końcowych nie ma się wyrzutów sumienia, że poświęciło mu się nazbyt duży urywek ze swojego życiorysu.

Ocena: 1/5

Dyskusja