Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Steampunk pod reżimem – recenzja książki „Żelazny cierń”

Co się stanie, jeśli do jednego garnka wrzucimy antyutopijny świat, steampunkową otoczkę, młodzieżowy klimat oraz liczne odniesienia do mitologii Lovecrafta? Cóż, możliwości są dwie: albo otrzymamy niemożliwą do przyjęcia, niestrawną papkę, albo, jeśli szef kuchni jest utalentowany, na czytelnicze talerze trafi oryginalny rarytas o urzekającym smaku. Caitlin Kittredge z pewnością ma kulinarną żyłkę, gdyż wysmażyła wyśmienite danie, jakim jest „Żelazny cierń”.

Historię poznajemy z punktu widzenia Aoife, nastoletniej uczennicy Akademii Lovecraft. Przyszło jej żyć w trudnych czasach, bowiem lata 60. XX wieku to okres, kiedy Stany Zjednoczone zmagają się z epidemią nekrowirusa. Choroba ta wpędza ludzi w szaleństwo, a niekiedy mutuje ciało, przez co nocami w ciemnych zaułkach miasta napotkać można ghule i potworne dzierzby. Na dodatek rodzina Aoife cierpi na pewnego rodzaju klątwę, sprawiającą, że jej członkowie tracą zmysły w dniu swych szesnastych urodzin. Starając się wieść normalne życie, od czasu do czasu odwiedzając matkę w zakładzie dla obłąkanych i próbując zapomnieć o zbliżającym się dniu przeznaczenia, dziewczyna oczekuje na wiadomość od swego brata. Jednak gdy ta nadchodzi, miast przynieść spokój, wywraca jej życie do góry nogami. Conrad, który w szaleństwie opuścił rodzinny dom, rozpaczliwie prosi o pomoc i przybycie siostry do Arkham. Podczas podróży nastolatce przyjdzie poznać mroczne sekrety mogące zachwiać porządkiem dotychczasowego świata, będącego najmocniejszym punktem powieści.

Stany Zjednoczone wykreowane przez Caitlin Kittredge diametralnie różnią się od tych z podręczników do historii. Kraj rządzony jest przez surowych Nadzorców, którzy swym obywatelom zakazują wszystkiego, co może uchodzić za herezję sprzeczną z ich chorobliwą racjonalnością. Prawo bezwzględnie karze nawet za znajomość baśni lub samo wspominanie o magii. Napędzane eterem miasto Lovecraft, w którym mieszka Aoife, łączy w sobie wszystkie najgorsze cechy wykreowanego świata: jest klaustrofobiczne, niebezpieczne, ponure, a na dodatek ograniczone godziną policyjną. Przytłaczającą atmosferę dopełniają niesprawiedliwe sądy Nadzorców oraz niepewność następnego dnia.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o specyficznym klimacie powieści. Choć czytelnik ma do czynienia z książką przeznaczoną dla nieco starszej młodzieży, już pierwsze strony zapowiadają, że jest ona inna: mroczna i przygnębiająca. I mimo szybkiego zrzucenia ciężkiej otoczki grozy, dalej zachowuje jej część, obecną aż do samego końca. Sam pomysł na uniwersum – steampunkowa antyutopia z nutką magii – zasługuje na uznanie za jakość kreacji. Kittredge zręcznie wymieszała elementy, które w powieściach młodzieżowych do tej pory razem nie występowały, tworząc tym samym, podświadomie wyczekiwane dzieło.

Smaku dodają także dość liczne nawiązania do twórczości Lovecrafta. Na kartach powieści czytelnik co i raz natyka się na wzmianki o shoggotach, Yog-Sothocie czy mitycznym R’lyeh, nie wspominając o mieście noszącym nazwę po słynnym twórcy grozy. I choć tajemnicza atmosfera opowiadań Samotnika z Providence została przekształcona na potrzeby lżejszej lektury, wciąż stanowi miły akcent, a może nawet zachęci młodych do sięgnięcia po jego dorobek artystyczny.

Oprócz świata i panującej w nim atmosfery, „Żelazny cierń” wyróżnia się także poziomem i koncepcją fabuły. Brak tu miejsca dla krytycznych sytuacji, z których bohaterowie wychodzą bez szwanku, niedopuszczalne jest także, by w ostatecznym rozrachunku wszystko wyszło im na dobre. Są za to zapadające w pamięć zwroty akcji, niekiedy diametralnie zmieniające położenie postaci. Także wątek romansowy, którego oczywiście nie mogło zabraknąć, zasługuje na pochwałę. „Romans” to w jego wypadku zbyt duże słowo, gdyż jest on prowadzony subtelnie i dopiero raczkuje, dzięki czemu nie stanowi trzonu powieści – i chwała za to autorce!

Niestety, na tle wszystkich zalet „Żelaznego ciernia” dość blado wypadają kreacje postaci, których zresztą niewiele w powieści występuje. Aoife to, na pierwszy rzut oka, przeciętna nastolatka, którą spośród tłumu wyróżnia ścisły umysł oraz niezwykłe dziedzictwo. Za towarzyszy niedoli ma Cala, swego najlepszego przyjaciela, oraz kontrastującego z nim Deana – enigmatycznego, acz przebojowego przewodnika. Razem tworzą dość typowe trio, nie odznaczające się niczym wartym uwagi. O wiele lepiej zostały zaplanowane postaci drugoplanowe: chora psychicznie matka Aoife czy też kapitan sterowca o ujmującym francuskim akcencie.

Caitlin Kittredge swym pierwszym wydanym w Polsce dziełem dokłada cegiełkę do wciąż ubogich nisz powieści steampunkowych i antyutopijnych. Istnieje szansa, że dzięki zainteresowaniu, jakie wzbudziła wśród naszych rodzimych czytelników, zwróci także uwagę wydawców na tego typu pozycje. Na razie jednak trzeba zapoznać się z tym, co już dostępne – i naprawdę warto!

Dziękujemy wyd. Jaguar za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

Ocena: 4/5

Dyskusja