Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Brytyjska lekcja horroru – recenzja filmu „Szepty”

Rok 2011 nie rozpieszczał miłośników kina grozy. Ten, który obecnie trwa, wynagradza im to jednak z nawiązką. Nie skończył się jeszcze czerwiec, a premiery takich produkcji jak „Dom w głębi lasu”, „Rec 3”, czy „Kobieta w czerni”, są już dawno za nami. Kilka dni temu na ekranach kin pojawił się kolejny znakomity horror, obok którego żaden miłośnik gatunku nie powinien przejść obojętnie. Mowa o „Szeptach” w reżyserii Nicka Murphy’ego.

Rzecz dzieje się w 1921 roku, zaledwie trzy lata po zakończeniu I wojny światowej. W czasie, gdy ogromną popularnością cieszą się różnego rodzaju koła spirytystyczne, Florence Cathart – zajmująca się demaskowaniem żerujących na ludzkiej zabobonności szarlatanów – ma pełne ręce roboty. Pewnego dnia słynną pogromczynię podobnych guseł odwiedza Robert Mallory, pracownik elitarnej szkoły dla chłopców w Rookford. Kiedy jeden z mieszkańców internatu ginie w tragicznych okolicznościach, uczniowie zaczynają opowiadać przerażającą historię o nawiedzającym szkołę duchu. Wszelkie racjonalne próby rozwikłania zagadki spalają na panewce. Mimo początkowego sceptycyzmu, Florence decyduje się pomóc. Jest całkowicie przekonana, że wydarzenia w Rookford nie mają nic wspólnego z paranormalnymi zjawiskami. Pobyt w szkole sprawi jednak, że będzie musiała diametralnie zmienić swoje poglądy na sprawę życia pozagrobowego.

Pod względem klimatu towarzyszącego oglądaniu, „Szepty” przywodzą na myśl kultowych „Innych” Alejandro Amenabara. Film Murphy’ego cechuje mroczna, stale zagęszczająca się atmosfera, mocno udzielająca się widzowi w czasie seansu. Chociaż bez cienia wątpliwości można zaliczyć go do kina grozy, to jednak scen wywołujących dreszcze na plecach jest tu zaledwie kilka – choć trzeba przyznać, że wszystkie zrealizowano na tyle dobrze, że mogłyby służyć za podręcznikowy wzór dla twórców horroru. To jednak, co nie pozwala oglądającemu nawet na moment się zdekoncentrować i oddalić myślami od wydarzeń na ekranie, to nietuzinkowa, nader wciągająca fabuła, której kolejne tajemnice poznaje się z niesłabnącym zainteresowaniem. Scenariusz pozbawiony jest luk i niedopowiedzeń, a dzieło zwieńczone jest zaskakującym, ciekawym zakończeniem, dzięki któremu „Szepty” na długo nie pozwolą o sobie zapomnieć. Film Murphy’ego nie jest pod względem fabularnym w jakiś sposób przełomowy, gdyż wytrawny, doświadczony miłośnik kina grozy bez problemu spostrzeże rozwiązania, inspirowane klasykami gatunku. Niezależnie od tego jednak, trudno jest oprzeć się urokowi opowiedzianej tu historii.

Niewątpliwie siłą „Szeptów” jest kreacja głównej bohaterki. Florence Cathart to postać, wobec której trudno pozostać obojętnym. Pogromczyni samozwańczych spirytystów nie stroni od ironicznych uwag, ma cięty język, a jednocześnie zachowuje klasę i sprawia wrażenie damy dystyngowanej oraz całkowicie pewnej swoich przekonań. Sztywne trzymanie się przekonań i tez głoszonych przez bohaterkę, jest jednak do pewnego stopnia mechanizmem obronnym tej postaci, gdyż Florence dźwiga na swoich barkach przykrą przeszłość, która odegrała niemałą rolę w kształtowaniu jej światopoglądu. Jest to postać głęboka i wielowymiarowa, na oczach widza odkrywająca prawdę o sobie samej, zmagająca się z prywatnymi demonami. Rebecca Hall świetnie odnalazła się w tej roli, tworząc niezwykłą, przejmującą kreację, znajdującą trwałe miejsce w pamięci widza.

Hall nie jest jedyną aktorką, która w „Szeptach” stanęła na wysokości zadania. Bez zarzutu spisała się Imelda Staunton, która do tej pory dała się poznać przede wszystkim jako odtwórczyni roli Dolores Umbridge w ekranizacji „Harry’ego Pottera”. W filmie Murphy’ego przyszło jej wcielić się w Maud Hill, opiekunkę internatu, zafascynowaną publikacjami i działalnością Florence. Trudno także pozostać obojętnym na talent aktorski Dominica Westa, który, choć nie zachwyca różnorodnością mimiki, uczynił z Roberta Mallory’ego postać przekonującą i charyzmatyczną. Co równie istotne, na osobne słowa uznania zasłużyli młodzi aktorzy jako uczniowie internatu. Także wśród nich trudno wskazać jakiś słabszy punkt, kogoś, kto wyróżniałby się negatywnie na tle reszty obsady.

Chociaż siła „Szeptów” tkwi przede wszystkim w treści, to jednak forma filmu nie odstaje od niej jakością. Świetnie spisał się odpowiedzialny za zdjęcia Edward Grau, prezentując rewelacyjne zbliżenia postaci, zwłaszcza w scenach, których zadaniem jest wywołać ciarki na plecach widza. Nie brakuje też ujęć malowniczej okolicy, w jakiej położona jest szkoła, a także jej mrocznych i posępnych wnętrz, choć w tym wypadku część zasług należy oddać scenografowi – Jonowi Hensonowi, który również świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Całości dopełnia natomiast wpasowująca się w klimat poszczególnych scen muzyka, odgrywająca niebagatelną rolę w konstruowaniu zagęszczającej się atmosfery tajemnicy i zagrożenia.

Dla brytyjskiego twórcy „Szepty” stanowią debiut w kręceniu pełnometrażowych, kinowych produkcji. O takim starcie jednak wielu początkujących reżyserów mogłoby pomarzyć. Film, jaki popełnił, urzeka od pierwszych scen, a następnie nie pozwala się nudzić przez cały seans, by wreszcie zaskoczyć oryginalnym, zupełnie nieoczekiwanym finałem. Nie jest to dzieło w jakikolwiek sposób odkrywcze lub przełomowe, jednak na pewno zaspokoi oczekiwania tych miłośników gatunku, którzy udadzą się do kina z nadzieją zobaczenia dobrze zrealizowanego, mrocznego horroru z duchami w tle.

Ocena: 4/5

Dyskusja