Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Burton w wampirzych klimatach – recenzja filmu „Mroczne cienie”

Tim Burton to jeden z najbardziej oryginalnych twórców amerykańskiego kina. Jego dzieła zwykle, albo się kocha, albo nienawidzi. Wyklęty przez szychy Hollywoodu, raz na jakiś czas daje o sobie znać, kręcąc nietuzinkowe produkcje, ściągające do kin miliony fanów na całym świecie. Po lekko rozczarowującej „Alicji w Krainie Czarów”, Burton powrócił, tym razem serwując nam pełną humoru opowieść z wampirami i wilkołakami w tle.

W 1752 roku rodzina Collinsów, wraz z synem Barnabasem, osiedla się w Ameryce i zakłada na nowym lądzie dobrze prosperującą fabrykę przetwórstwa ryb. Po kilkunastu latach okazuje się, iż dorosły już Barnabas Collins ma niebywałą wręcz słabość do kobiet. Po tym, jak łamie serce złej wiedźmie, zostaje przez nią przeklęty i zmieniony w wampira, a następnie pochowany żywcem w drewnianej trumnie. Dokładnie dwa stulecia później, w roku 1972 roku, Barnabas zupełnie przypadkiem wydostaje się z grobu i powraca do rzeczywistości. Szybko przekonuje się, jak bardzo świat, który pamiętał, różni się od dwudziestowiecznych realiów. Collins odnajduje swoich potomków. Widząc, że prowadzona przez nich w dalszym ciągu firma podupada, nie wytrzymując konkurencji, decyduje się wspomóc rodzinny biznes. Nie zdaje sobie sprawy, że na jego drodze stanie nie kto inny, jak ta sama wiedźma, która przed wiekami obdarzyła go klątwą nieśmiertelności…

Serial na wielkim ekranie

Scenariusz filmu bazuje na popularnym niegdyś amerykańskim serialu o tym samym tytule. Emitowany w latach sześćdziesiątych, stosunkowo szybko zyskał popularność wśród ówczesnej widowni, i to nawet pomimo wszystkich niedociągnięć. Serial posiadał wybitnie niski budżet, do tego stopnia, że w wielu odcinkach aktorzy musieli grać na jednym ujęciu, bez możliwości powtarzania danych scen. Całość w efekcie była przepełniona błędami, występującymi nawet w wypowiedziach odtwórców poszczególnych ról. Burton uznał, że z podstawy w postaci nie najwyższych lotów serialu, da się zrobić dobry, pełnometrażowy film – i nie pomylił się.

„Mroczne cienie” prezentują się nieporównywalnie lepiej od swojego pierwowzoru. Film Burtona doskonale radzi sobie jako samodzielna produkcja, w oderwaniu od opery mydlanej, na kanwie której powstał. Oglądając go, można jednak dostrzec elementy, które wskazywałyby na serialowy rodowód historii. Przede wszystkim, rzuca się w oczy szczególnie duże nagromadzenie intrygujących, barwnych postaci, spośród których każda z osobna to arcyciekawe, oryginalne indywiduum, jednak z racji ograniczonego czasu projekcji, część z nich jest w scenariuszu w niewystarczającym stopniu eksploatowana. Tak jest chociażby z nader sympatyczną postacią Victorii Winters, zatrudniającej się w rezydencji Collinsów w charakterze opiekunki dla małego Davida. Nieco po macoszemu został także potraktowany wątek chłopca, natomiast miłość, jaką zaczynają żywić do siebie Barnabas i jedna spośród bohaterek, pojawia się w filmie ni stąd, ni zowąd, bez żadnych zapowiadających ją przesłanek we wcześniejszych scenach. Ostatecznie jednak trzeba przyznać, że z wymagającego zadania, jakim było przeniesienie fabuły serialu do pełnometrażowego filmu, scenarzyści wywiązali się bardzo dobrze. Historia jest spójna, pozbawiona luk i nielogiczności, a fabularne uproszczenia można policzyć na palcach jednej ręki.

Tym, co w dużej mierze stanowi o sile opisywanej produkcji, jest humor. Czarny, wisielczy, cmentarny – jakkolwiek by go nie nazwać, jest dokładnie taki, jakiego można by się spodziewać w produkcji z wampirem w roli głównej. Scenarzyści z przymrużeniem oka przedstawiają Barnabasa w sytuacjach, o jakich zwykło się mówić, że są charakterystyczne dla krwiopijców – a to spanie w kartonowej, improwizowanej trumnie, wiszenie w nietoperzej pozycji nad łóżkiem jednej z domowniczek, czy pożywianie się krwią zapijaczonych hippisów. Nie brakuje żartów związanych z adaptowaniem się Barnabasa do życia w dwudziestowiecznych realiach. Posługujący się kwiecistą, arystokratyczną mową wampir, z trudem przyswajający sobie nowoczesne zdobycze techniki i nowy styl życia, w dodatku odegrany przez mistrza ekscentrycznych ról – Johnny’ego Deppa – to kreacja, którą niełatwo będzie wymazać z pamięci.

Stary dobry duet z nowymi gwiazdami

Chociaż Depp spisał się znakomicie, to „Mroczne cienie” to jeden z nielicznych filmów z jego udziałem, w którym nie jest on najjaśniejszym punktem obsady. Bardzo dobry występ w najnowszym dziele Burtona odnotowała Michelle Pfeiffer jako Elizabeth Collins, zawiadująca rodzinnym interesem. Jednak nawet słynna Michelle blednie w obliczu gry Evy Green oraz Belli Heathcote. Pierwsza ze wspomnianych pań to w „Mrocznych cieniach” wiedźma Angelique. Przebiegła, dążąca po trupach do celu, a przy tym niezwykle seksowna i na zabój zakochana w Barnabasie, dzięki fenomenalnej grze Green, stanowi jedną z najlepszych kreacji w filmie. Victoria Winters, zagrana przez Bellę Heathcote, jest jej absolutnym przeciwieństwem: nie przebiegła, lecz grzeczna i dobroduszna, nie drapieżna, ale nader urocza, a ponadto – zdolna do odczuwania prawdziwej, bezinteresownej miłości. Dla Belli, która do tej pory dała się poznać w produkcjach przechodzących bez większego echa (choćby „Wyścig z czasem” Andrew Nicole’a), występ w „Mrocznych cieniach” zapewne będzie wstępem do większej kariery, zaprezentowała się tu bowiem wyśmienicie.

Bardzo dobrze poradzili sobie także odtwórcy ról drugoplanowych. Helena Bonham Carter, która podobnie jak Johnny Depp od dawna współpracuje z Timem Burtonem, także i tym razem spisała się bez zarzutu, odgrywając nieco ekscentryczną panią doktor, skłonną do największych poświęceń, aby móc na wieki zatrzymać swoją urodę. Ciekawą, choć mało eksploatowaną przez scenariusz postacią, była także Carolyn Stoddard, na pozór typowa, rozpuszczona i lekkoduszna amerykańska nastolatka, w rzeczywistości skrywająca niezwykłą tajemnicę. W tej roli możemy oglądać Chloe Grace Moretz – tę samą, która przed dwoma laty odnotowała genialny występ jako Abby w filmie „Pozwól mi wejść” Matta Reevesa. Nie sposób pominąć również Jackie Earle Haely’a. Aktor, jeszcze niedawno z powodzeniem wcielający się we Freddy’ego Kruegera w remake’u „Koszmaru z Ulicy Wiązów”, tym razem zaprezentował się bezbłędnie jako Willie, nieco ciamajdowaty służący w domu Collinsów.

Uczta dla oczu i uszu

Najnowszy film Tima Burtona, podobnie jak większość jego dotychczasowych produkcji, stanowi prawdziwą ucztę dla wszystkich, którzy w Hollywoodzkich obrazach cenią sobie piękną oprawę audiowizualną. „Mroczne cienie” już od początkowych scen zachwycają pięknymi zdjęciami i scenografią. Trudno wyjść z podziwu dla osób, które odpowiadały za te elementy filmu, zwłaszcza gdy ogląda się urzekające ujęcia na klifie, zamieszkiwaną przez Collinsów posiadłość, czy też otaczającą ją okolicę.

Obrazek

Oprawa muzyczna filmu prezentuje się doprawdy rewelacyjnie. „Mroczne cienie” to jeden z tych obrazów, w przypadku których tuż po opuszczeniu kinowej sali, na półkach branżowych sklepów poszukuje się płyty ze ścieżką muzyczną. Wśród wykonawców, których utwory umilają sens, są The Carpenters oraz Iggy Pop, a gościnnie w filmie wystąpił sam Alice Cooper. Owe nazwy i nazwiska mówią same za siebie, stanowiąc wystarczającą rekomendację. Odtwarzane podczas seansu nuty, dodatkowo podkreślają nastrój epoki, w której toczy się akcja, a odpowiedni ich dobór sprawia, iż muzyka doskonale komponuje się z tym, co w danej chwili widać na ekranie.

„Mroczne cienie” w ciekawy sposób łączą konwencję romansu, komedii, a także horroru i kina familijnego. Wszystko to zaś podane jest w fantastycznej oprawie audiowizualnej, z doborowym aktorstwem i dużą dozą czarnego humoru. Dla miłośników twórczości Tima Burtona „Mroczne cienie” stanowią wręcz pozycję obowiązkową. Nie jest to najlepszy film w dotychczasowej karierze tego reżysera, ale wszyscy ci, który uważają się za sympatyków jego dzieł, z pewnością nie wyjdą z kina zawiedzeni.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja