Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Elektroniczny morderca – recenzja filmu „Terminator”

„Terminator” to niekwestionowany klasyk kina science-fiction. Film wyjątkowy, przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że to właśnie on otworzył osobom takim jak James Cameron czy Arnold Schwarzenegger drogę do hollywoodzkich karier. Po drugie, ponieważ zyskał ogromną popularność i sympatię fanów na całym świecie, mimo iż od początku zaliczano go do tak zwanego kina „offowego”. Dziś „Terminator” jest już produkcją kultową, a jego kontynuacje ściągają do kin setki milionów widzów na całym świecie. A pomyśleć, że wszystko zostało zapoczątkowane przez obraz, którego budżet nie wyniósł nawet siedmiu milionów dolarów…

Jest rok 2029. Wojna nuklearna przyniosła kres dotychczasowej cywilizacji. Światem władają roboty, polujące na nielicznych już przedstawicieli gatunku ludzkiego. Ludzie jednak nie składają broni i sposobią się do buntu przeciw maszynom. Kluczowe starcie rozgrywa się jednak w przeszłości, w roku 1984. Obie strony konfliktu wysyłają do zamierzchłych czasów swoich przedstawicieli. Zadaniem Terminatora jest zamordowanie Sary Connor, zanim urodzi ona syna, który w przyszłości ma stać się liderem buntu. Z pomocą kobiecie, nieświadomej roli, jaką ma do odegrania, przychodzi Kyle Reese. Zrobi on wszystko, by uchronić kobietę przed elektronicznym mordercą i tym samym ocalić nadzieję ludzkości.

„Terminator” stanowi doskonały przykład na to, że mając niewielkie środki, można stworzyć film, który zapisze się trwałą kartą w historii gatunku i o którego wartości przekonywać się będzie niejedno pokolenie. Opowiedziana tu historia mogłaby na pierwszy rzut oka wydać się banalna. W rzeczywistości jednak niesie ważne przesłanie, każące zastanowić się nad przyszłością ludzkiej cywilizacji oraz skutkami, jakie w odległej perspektywie może przynieść rozwój zaawansowanych technologii, jeśli tylko wymknie się on spod kontroli człowieka. Morał to znany i wielokrotnie poruszany w literaturze i kinie science-fiction, choć w „Terminatorze” przedstawiony nie nachalnie, bez zbędnego patosu i naprowadzania myśli widza na konkretne tory.

Fabuła „Terminatora” nie należy do przesadnie skomplikowanych. Osią scenariusza są dzieje Sary Connor, począwszy od momentu, w którym dowiaduje się o swojej roli i przeznaczeniu, poprzez pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji ucieczkę przed tytułowym mordercą, skończywszy na ostatecznej konfrontacji pomiędzy zabójczą maszyną, a ostatnią nadzieją ludzkości. Przez większą część projekcji widz jest świadkiem pościgu Terminatora za Sarą i Kyle’m, którzy w obliczu wspólnego zagrożenia nawiązują bliższe relacje, a wreszcie stają do nierównej walki z wrogiem, notabene – świetnie zrealizowanej. Twórcom filmu udało się sprawić, by atmosfera niebezpieczeństwa utrzymywała się od początku projekcji, aż do jej zakończenia, co w dzisiejszym kinie jest nieczęstym zjawiskiem. Dzięki temu, chociaż „Terminator” słusznie uchodzi za klasyk gatunku science-fiction, film ogląda się w gruncie rzeczy jak wciągający, mroczny dreszczowiec z fantastycznym motywem w tle.

Z racji upływu czasu oraz faktu, że „Terminator” nie był wysokobudżetową produkcją, zastosowane w filmie efekty specjalne, choć w latach osiemdziesiątych z pewnością jeszcze robiły wrażenie, dziś są już bardzo nieświeże. Mimo iż w dalszym ciągu nie sposób przyczepić się do realizacji różnego rodzaju eksplozji, to sama animacja tytułowego bohatera – rzecz jasna, w jego elektronicznej postaci – wygląda dość sztucznie. Oldschoolowego klimatu dodaje muzyka: wbrew pozorom świetnie budująca napięcie, a w swoim brzmieniu jakże odmienna od tego, co możemy słyszeć we współczesnych produkcjach.

Obrazek

Omawiając „Terminatora”, grzechem byłoby także nie wspomnieć o aktorstwie, które stoi w tym filmie na bardzo wysokim poziomie. Gwiazdą obsady jest niewątpliwie Arnold Schwarzenegger w roli tytułowego bohatera. Niemal przez cały czas utrzymuje ten sam, beznamiętny wyraz twarzy, doskonale wcielając się w maszynę, której obce są uczucia takie jak litość czy współczucie. Niezapomnianą kreację stworzyła także Linda Hamilton, która z przekonaniem zagrała Sarę Connor, skutecznie odzwierciedlając przerażenie i bezsilność tej bohaterki wobec rozpaczliwej sytuacji, w jakiej nagle się znalazła. Bez zarzutu spisał się także Michael Biehn, jako Kyle Reese, choć w porównaniu ze Schwarzeneggerem i Hamilton, przypadła mu w udziale nieco mniej wyrazista postać.

Każdy szanujący się miłośnik fantastyki powinien prędzej czy później „Terminatora” obejrzeć. Dzieło Jamesa Camerona, choć od jego premiery mijają kolejne lata, pozostaje jednym z najbardziej wartościowych przedstawicieli swojego gatunku. Arnold Schwarzenegger stworzył w nim niezapomnianą kreację, która do dziś stanowi jeden z symboli kina science-fiction. I choćby z tego względu, nie wspominając o szeregu pozostałych atutów, trzeba się z „Terminatorem” zapoznać.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja