Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Jaki ojciec taki syn, a może nie? – recenzja komiksu „Star Wars – komiks. Extra 1/2012 (6): W cieniu ojców”

Gwiezdne Wojny to jedno wielkie pasmo kontynuacji różnych historii – jedne lepsze, inne gorsze. „W Cieniu Ojców” jest jednym wielkim epilogiem, a właściwie dokończeniem wątków zasianych w uznawanej przez fanów historii „Bitwa o Jabiim”, wydanej u nas przy okazji premiery „Star Wars Wydania Specjalnego” w 2009. Tak więc, na zakończenie przyszło nam trochę czekać, ale, jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. Czytelnik, który przypomni sobie „SW WS” 1/09 przed lekturą tego numer wydania „SW Extra”, zorientuje się, że autorzy odgrzewają kotlet. I to w bardzo nieudany sposób.

Właściwie, to w dużym uproszczeniu podmieniamy Anakina na Luka, klony na szturmowców, a resztę można sobie wyobrazić. Młody Skywalker ze Starej Trylogii przybywa na planetę, gdzie ongiś jego ojciec przeżył jedną z największych porażek w swojej karierze. Oczywiście, nie zdaje sobie sprawy, że nazwisko Skywalker na tej planecie jest utożsamiane ze zdradą przez duże „z”. O ile sam pomysł usytuowania Luke’a w podobnej sytuacji, co jego ojca, mógł być ciekawy – czytelnicy mieliby możliwość porównania poczynań ojca do syna – jednakże okazał się zbyt wysokim progiem dla scenarzysty. Podobać zaś mogą się pokazane we flashbackach dalsze losy pozostawionych na planecie mieszkańców. Niestety, inna ważna część historii – Luke poznający wyczyny ojca, nim dowiaduje się, iż Vader to Anakin – została potraktowana nielogicznie i bardzo po macoszemu. Luke, mając wiedzę z Jabiim (nie ważne, czy by w to uwierzył ), nie byłby tak zaskoczony, kiedy Vader na Bespinie wyjawia mu, iż jest jego ojcem. Jest to ewidentny błąd, stąd też scenarzysta stara się nam wcisnąć kit, iż młody Skywalker nie dopuszcza w ogóle faktu, iż jego papa mógł być kimś innym, niż tylko świetnym pilotem i najlepszym Jedi wszechczasów. Chłopak nie słucha prawdy, ani o Anakinie, ani o rycerzach Jedi.

Scenarzysta nie wykorzystuje możliwości, by jakoś połączyć w całość do kupy to wszystko. Nie wyszło, a naprawdę szkoda, bo potencjał był. Był, by pokazać, jak syn przechodzi przez tęczę uczuć względem ojca, tym bardziej, iż podobne okoliczności, które dotknęły Anakina, teraz sprawiają, że Luke poznaje znaczenie pyrrusowego zwycięstwa. Ta historia miała możliwość przybliżyć Luke’a do zrozumienia, choć w jakimś maluteńkim stopniu, swojego ojca. Nie zrobiła tego.

Skoro już mówimy o Vaderze, to i on pojawia się w tym komiksie, chociaż wiele to do całokształtu historii nie wnosi, a tym bardziej wciśnięta na siłę Leia wraz z nieustraszonymi droidami.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to nie jest źle, chociaż do swojego prekursora, „Bitwy o Jabiim”, jest jeszcze daleko. Dziwić nas może zmiana artysty na ostatnich stronach k

omiksu – jest tak dlatego, iż wątki zostały dokończone w innej historii (ten „myk” stosowano nie raz, szczególnie w serii „Empire”).

Podsumowując: graficznie całkiem ładny, ale kulejący scenariuszem i niewykorzystanym potencjałem komiks, nie wspominając już o mega błędzie popełnionym w środku. Nie jest to górnolotna lektura, lecz końcówka jest dobrym wstępem do całkiem niezłego „My brother, my enemy” (Rebellion 1-5, lecz wpierw wypadałoby Egmontowi wydać inną historię z serii „Empire”).

Dyskusja