Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kanibalizm po niemiecku – recenzja filmu „Hell”

W tym samym czasie, gdy nasi zachodni sąsiedzi zamykają wszystkie wybudowane przed laty elektrownie atomowe, a w ichnim parlamencie problemy związane z ochroną środowiska są jednym z częściej poruszanych tematów, na ekrany kin trafił „Hell” Tima Fehlbauma. Chociaż film w wielu kwestiach kalkuje rozwiązania znane z klasyków gatunku, to jako samodzielna całość broni się całkiem dobrze, stanowiąc smakowity kąsek dla sympatyków katastroficznego kina grozy.

Fehlbaum przenosi nas kilka lat w przyszłość, do 2016 roku. Klimat na Ziemi uległ nagłej zmianie, a świat, jaki znaliśmy do tej pory, całkowicie zmienił swoje oblicze. Temperatura na planecie wzrosła niemal o dziesięć stopni Celsjusza, Słońce zamieniło Ziemię w pustynię, zapoczątkowując permanentne upały i sprawiając, że wszelkie życie zaczęło wymierać. W takich oto okolicznościach poznajemy Marię, która wraz z młodszą siostrą, Leonie, oraz chłopakiem Filipem, ruszają w góry, by znaleźć tam źródła życiodajnej wody. Jednak ci nieliczni, którym również udało się przeżyć katastrofę, a których spotykają na swojej drodze, mają wobec nich inne, niekoniecznie przyjazne plany.

Spojrzenie na opis fabuły, czy chociażby na ulotki reklamujące film, na których jest on określany mianem „eko-thrillera”, może budzić pewne obawy: czy aby obraz Fehlbauma nie jest propagandową, grinpisowską papką, z wałkowanym już dziesiątki razy, górnolotnym przesłaniem o odpowiedzialności człowieka za otaczający go świat? Przyznam, że i ja byłem pełen podobnych wątpliwości. Na szczęście jednak okazały się one zupełnie nieuzasadnione. Film jest wprawdzie mocno osadzony w postapokaliptycznych realiach, a poszczególne detale, jak wysuszona roślinność, rozkładające się zwłoki zwierząt czy żar, lejący się z nieba nawet nocą, jedynie to potwierdzają. Jednak ekologia nie jest w „Hell” tematem samym w sobie, eko-katastrofa to raczej pretekst, by ciekawą opowieść o czyhających na Bogu ducha winnych ludzi kanibalach ubrać w przekonujące, fabularne ramy.

Kręcąc „Hell”, Tima Fehlbaum nie silił się na oryginalność. W wielu kwestiach film czerpie rozwiązania z klasyków gatunku, a klimatem nadzwyczaj przypomina takie produkcje jak „Droga”, „Strefa X” czy nawet – do pewnego stopnia – „Drogę bez powrotu”. Grunt jednak, że reżyser podpatruje u klasyków to, co najlepsze. Dramaturgia budowana jest stopniowo, napięcie potęguje oszczędne wykorzystanie jakiejkolwiek muzyki, a w niejednej scenie można przyłapać się na nerwowym obgryzaniu paznokci, w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Towarzysząca oglądaniu atmosfera niepokoju, jest niemal namacalna od początkowych scen, a stan ten utrzymuje się aż do ukazania się napisów końcowych na ekranie. A wszystko to przy minimalnym zaledwie budżecie. Twórcy niejednokrotnie uciekają się do najprostszych zabiegów, jednak z zadowalającym rezultatem, czego najlepszym przykładem może być użycie sepii przy filmowaniu wyjałowionych, niemal pustynnych krajobrazów. Rozwiązanie to tanie i proste, ale efektowi trudno cokolwiek zarzucić.

Obrazek

Słabą stroną „Hell” jest jednak aktorstwo. Brakuje tutaj bardziej przekonujących kreacji, które mogłyby być zapamiętane na dłużej, niż zaledwie kilkanaście godzin po zakończeniu seansu. Nawet Hannah Herzsprung, odtwórczyni Marii, z trudem dźwiga ciężar powierzonej jej roli. Lars Eidinger jako Phillip jest wręcz drewniany, a Stipe Erceg, wcielający się w Toma, spisał się niewiele lepiej. Szczególnie irytującą postacią jest natomiast Leonie, grana przez piętnastoletnią Lisę Vicari. Choć dziewczyna radzi sobie ze swoją rolą całkiem przyzwoicie, to odgrywana przez nią bohaterka, za sprawą wypowiadanych nieustannie durnych komentarzy i prób skłócenia pozostałych uczestników wyprawy, szybko staje się najbardziej drażniącym elementem filmu, i można się tylko cieszyć, że w pewnym momencie postać ta na stosunkowo długo znika z horyzontu widza.

Trudno spodziewać się, by „Hell” odniósł jakikolwiek większy sukces ani nawet, że zostanie na długo zapamiętany. Film Tima Fehlbauma jest w zbyt dużym stopniu wtórny; twórcy pozwolili sobie na zbyt wiele oczywistych nawiązań do klasyków gatunku, przez co wytrawny miłośnik tego rodzaju kina szybko dochodzi do wniosku, że wszystko to już wcześniej widział i „Hell” nie jest w stanie go niczym zaskoczyć. Tym niemniej, film posiada przyjemny dla sympatyków horrorów klimat, dzięki któremu, przymknąwszy oczy na wszelkie jego niedociągnięcia i kalkowanie pomysłów, można zapewnić sobie półtorej godziny zajmującej rozrywki.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja