Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Miszmasz horroru – recenzja filmu „Dom w głębi lasu”

W obrębie każdego popularnego gatunku filmowego prędzej czy później tworzą się pewne konwencje, a wewnątrz nich utarte schematy i rozwiązania, powielane przez reżyserów i scenarzystów. Zjawisko to nie omija oczywiście kina grozy, w którym to nie brakuje motywów do tego stopnia oklepanych i wtórnych, że służą za inspirację dla takich dzieł, jak „Dom w głębi lasu”. Obraz Drew Goddarda, czerpiąc garściami z popularnych dzieł spod znaku horroru, uwydatnia standardowe zagrywki twórców tego gatunku, ukazując w krzywym zwierciadle utarte, rządzące tym gatunkiem prawidła.

„Dom w głębi lasu” zaczyna się jak standardowy slasher. Oto grupa amerykańskiej młodzieży postanawia spędzić kilka dni w położonym wysoko w górach drewnianym domku, z dala od zgiełku cywilizacji i hałasu wielkich miast. Zabawa trwa w najlepsze, gdy nagle okazuje się, że w okolicy aż roi się od niebezpieczeństw w postaci zamieszkujących las ożywieńców. Bohaterowie rozpoczynają dramatyczną walkę o przeżycie. W najśmielszych snach nie przypuszczają jednak, że każdy ich krok jest kontrolowany, a wpływ na własny los pozostaje jedynie iluzoryczny, gdyż całą intrygą zawiadują eleganccy panowie, zasiadający przy biurkach w pewnej korporacji, i czerpiący satysfakcję ze stawiania przeszkód na drodze Bogu ducha winnych ofiar.

Żeby było jak w typowym slasherze, wśród bohaterów mamy wysportowanego mięśniaka, uganiającego się za wyuzdaną, choć seksowną panienką, a także ciamajdowatego ćwierćinteligenta, któremu udaje się wychodzić cało z tarapatów raczej dzięki szczęściu, niż rozumowi. Nie obyło się też bez niewinnej, nieco zgorszonej zachowaniem znajomych przyzwoitki, nieoczekiwanie nawiązującej bliższą znajomość z jeszcze innym typem – grzecznym i kulturalnym inteligentem, którego cechy wprawdzie pozwalają rozkochać w sobie wrażliwą nastolatkę, ale zdecydowanie nie predysponują go do przetrwania w starciu z zamieszkującymi las monstrami. Scenarzyści „Domu w głębi lasu” raczą więc widza zupełnie szablonowymi, archetypicznymi bohaterami, których poczynania są nader przewidywalne dla każdego, kto miał okazję obejrzeć w swoim życiu choćby kilka filmów grozy reprezentujących wzmiankowaną wcześniej konwencję.

Twórcy bezwzględnie wypunktowują obecne w slasherach nielogiczności i wzorce, co i rusz wkładając ironiczne komentarze w usta wielkich braci, których zadaniem jest kontrolowanie poczynań nastolatków. Istotna jest także kolejność, w jakiej bohaterowie żegnają się z życiem, z odgadnięciem której żaden sympatyk gatunku nie powinien mieć większych kłopotów. To, podobnie jak szereg innych, podobnych zabiegów wykorzystanych przez scenarzystów, sprawia, iż film jest do bólu przewidywalny i pełen banałów, lecz właśnie na tym polega jego siła. Prorokowanie, co też wydarzy się w następnej scenie, bądź też jakie decyzje podejmą bohaterowie, stanowi świetną zabawę, na podstawie której niejeden widz przekona się, jak dobrze zna zabiegi stosowane przez scenarzystów kina grozy. Wybitna jest zaś scena, w której bohaterowie, nie mogąc dojść do porozumienia, czy powinni działać razem, czy też rodzielić się, zostają nakierowani na właściwe tory przez panów kontrolujących całe przedsięwzięcie. Ze wspomnianych względów „Dom w głębi lasu” przypomina nieco słynny „Krzyk” Wesa Cravena, w którym przecież akcja również rozwijała się łatwym do przewidzenia, wytyczonym przez reguły konwencji szlakiem.

Uważny widz dostrzeże podczas seansu liczne nawiązania do najbardziej kultowych filmów gatunku. Dość wspomnieć, że jedna z bohaterek pytana o samopoczucie, odpowiada rozmówcy, że czuje się „zejściowo”, a to tylko jedno z licznych, subtelnych odwołań do klasyków kina grozy. Z chwilą, gdy film wkracza w decydującą fazę, nawiązania są już całkiem bezpośrednie: po ekranie biegają klauny (niemal identyczne jak w słynnym „To”), wilkołaki, gdzieniegdzie kuśtykają jegomoście w dziwnych maskach (bardzo przypominających Jigsawa z cyklu „Piła”), a w całą historię – zupełnie nieoczekiwanie – wplątani zostają starożytni bogowie rodem z mitologii Cthulhu.

O ile jednak wspomniany wcześniej „Krzyk” można było bez wyrzutów sumienia nazwać horrorem, tak w przypadku „Domu w głębi lasu” nie jest to takie oczywiste. Owszem, film ma fabułę i scenariusz charakterystyczny dla slashera, trup ściele się gęsto, a w kulminacyjnym momencie dochodzi do rzezi, przystojącej bardziej klasykom kina gore, aniżeli wysokobudżetowym hollywoodzkim produkcjom. Całość utrzymana jest jednak w mocno pastiszowym tonie. „Dom w głębi lasu” nie jest filmem mającym straszyć odbiorcę, lecz dostarczyć mu dobrej zabawy poprzez nietuzinkową grę z konwencją. Dlatego też ci wszyscy, którzy oczekują dreszczu na plecach, wybierając się do kina na film Goddarda, popełnią błąd. Natomiast fanatycy horroru, nie mający nic przeciwko temu, by ujrzeć swoją ulubioną konwencję w krzywym zwierciadle, z pewnością opuszczą multipleksy zadowoleni. „Dom w głębi lasu” jest swojego rodzaju hołdem dla ich ulubionego gatunku, z którym każdy szanujący się miłośnik kina grozy prędzej czy później powinien się zapoznać.

Ocena: 4/5

Dyskusja