Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ocalić przeznaczenie – recenzja filmu „Terminator 2 – Dzień Sądu”

Kiedy w 1984 na ekranach amerykańskich kin zagościł „Terminator” w reżyserii Jamesa Camerona, mało kto wróżył mu komercyjny sukces. Film miał skromny budżet, do obsady nie zatrudniono hollywoodzkich gwiazd, a efekty specjalne wyglądały dość archaicznie nawet w momencie premiery. A jednak. Spójny, oryginalny scenariusz w połączeniu z mrocznym klimatem sprawiły, że nawet pomimo drobnych ułomności „Terminator” urósł do miana klasyki gatunku. Mało tego – po siedmiu latach doczekał się znakomitej kontynuacji.

Główną bohaterką pierwszej części była Sarah Connor, młoda dziewczyna, która niespodziewanie dowiedziała się, iż jej przeznaczeniem jest urodzić syna, mającego w przyszłości dowodzić ludźmi w wojnie z rządzącymi światem maszynami. Jej śmiertelnym wrogiem, usiłującym zabić matkę dowódcy rebeliantów, zanim wyda na świat dziecko, był Terminator T-800. Akcja „Dnia Sądu” dzieje się dziesięć lat po tamtych wydarzeniach. Jest rok 1997. Z przyszłości ponownie przybywają cyborgi, tym razem dwa i to w dwóch różnych odmianach. Celem Terminatora T-1000 jest unicestwienie dorastającego Johna Connora, by nie mógł on wypełnić swojego przeznaczenia. W ślad za nowoczesną i okrutną maszyną T-1000, ludzki Ruch Oporu wysyła do przeszłości T-800, zaprogramowanego tak, by za wszelką cenę strzegł życia chłopca. W ten oto sposób dotychczasowy wróg przyszłego rebelianta staje się jego potężnym sojusznikiem. Stawką w walce jest przetrwanie ludzkości.

Pierwszy „Terminator” udowadniał, że przy pomocy minimalnego budżetu możliwe jest nakręcenie wiekopomnego, kultowego dzieła. Druga część filmu jest natomiast dobrym dowodem na to, że wbrew powszechnie panującej opinii, kontynuacje wielkich dzieł nie zawsze odstają poziomem od swoich poprzedniczek. James Cameron w drugiej odsłonie „Terminatora” po raz kolejny przekonał publikę o swoim reżyserskim talencie, kręcąc obraz, będący rewelacyjnym seqeuelem dzieła z 1984 roku.

Pomysł na konfrontację dwóch terminatorów, z których jeden ma chronić, a drugi usiłuje zabić Johna Connora, okazał się strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak w przypadku pierwszej części, film od początku do końca wypełniony jest wartką, pełną nieoczekiwanych zwrotów akcją, a niektóre z epizodów, jak choćby sceny w szpitalu psychiatrycznym, nie dają o sobie zapomnieć nawet całe lata po obejrzeniu. Scenariusz przypomina do pewnego stopnia ten z poprzedniej odsłony, gdyż w „dwójce” Sarah ponownie przez większość czasu ucieka przed zabójczą maszyną, próbując znaleźć ratunek dla siebie i syna, tym razem jednak przy wsparciu T-800. Nie zmienia się także konwencja filmu. Ciągle jest to mroczny, trzymający w napięciu dreszczowiec science-fiction, z atutem w postaci stopniowo zagęszczającej się atmosfery i efektownym, poprzedzającym końcowe napisy finałem.

Sara Connor w „Terminatorze 2” to zupełnie inna kobieta niż ta, którą mieliśmy okazję poznać w części pierwszej. Po tym, jak z pomocą T-800 i syna wydostaje się ze szpitala psychiatrycznego, jest pewna siebie i całkowicie świadoma doniosłej roli, jaką ma do odegrania, bezwzględnie usiłując pomóc Johnowi w wypełnieniu jego dziejowej misji. W roli tej po raz kolejny wystąpiła rewelacyjna Linda Hamilton, odnotowując jeszcze lepszy występ, niż poprzednim razem. Gwiazdą filmu jest zaś niewątpliwie Arnold Schwarzenegger, grający tytułowego bohatera. W „Terminatorze 2” wypowiada znacznie więcej kwestii, niż poprzednim razem. Szczególnie ciekawie wygląda relacja między nim, a Johnem. Terminator, jako maszyna, pozbawiony jest ludzkich uczuć, a mimo to między chłopcem a jego potężnym protektorem zawiązuje się pewnego rodzaju więź. Powiedzonka w rodzaju Hasta lavista, babe, których John uczy Terminatora, stały się wręcz kultowe. Z czasem postać wykreowana przez Schwarzeneggera rozumie coraz więcej ludzkich uczuć i emocji, choć z oczywistych przyczyn sama nie jest w stanie ich doświadczyć.

Obrazek

Dla czternastoletniego Edwarda Furlonga „Terminator 2” był okazją do debiutu. Odtwórca roli Johna Connora, choć w filmie Camerona w niektórych scenach wykazywał warsztatowe braki, stanął na wysokości zadania i przekonująco wcielił się w przyszłego przywódcę rebeliantów. Mistrzowski poziom zaprezentował natomiast Robert Patrick jako T-1000. Rola okrutnego i bezwzględnego cyborga, zaprogramowanego tak, by bez względu na wszystko dopiąć celu, jest niewątpliwie jedną z najlepszych w jego karierze. Patrick zachwyca mimiką, a jego lodowate spojrzenie – zwłaszcza gdy patrzy prosto w kamerę – jest w stanie przyprawić o dreszcze.

Nieoczekiwany sukces komercyjny pierwszej części „Terminatora” sprawił, że James Cameron, zabierając się za kręcenie kontynuacji, miał do dyspozycji znacznie większy budżet, niż poprzednim razem. Przekłada się to wyraźnie na jakość wykonania technikaliów. Efekty specjalne już nie straszą, a wręcz przeciwnie – stoją na bardzo przyzwoitym, jak na swoje czasy, poziomie. Twórcy jednak okazali się oszczędni w ich wykorzystaniu. Nie brakuje scen, w których współcześni filmowcy wielomilionowych produkcji uraczyliby widza feerią komputerowych fajerwerków . Tymczasem w „Terminatorze 2” większość z nich została wykonana przy udziale profesjonalnych kaskaderów. W scenach, w których widzimy wielkie eksplozje czy też efektowne pościgi, twórcy starali się ograniczyć sztuczne, komputerowe efekty do absolutnego minimum, stawiając przede wszystkim na realizm. Oprawa wizualna „Terminatora 2” paradoksalnie jedynie na tym zyskuje. Wisienką na torcie jest zaś dynamiczna praca kamery, a także dobra oprawa muzyczna. Część spośród motywów odtwarzanych w „Terminatorze 2” pochodzi jeszcze z poprzedniej części, a pamiętać trzeba, że muzyka była jedną z jej najmocniejszych stron.

„Terminator 2” nie jest produkcją z rodzaju tych najbardziej ambitnych, jednak spomiędzy scen można wydobyć wyraźne przesłanie, przestrzegające przed niebezpieczeństwami, wynikającymi z niekontrolowanego postępu technologicznego. Podobne morały pojawiały się już w filmie z 1984 roku, jednak w „Terminatorze 2” gdzieniegdzie pojawiają się też pesymistyczne konstatacje dotyczące ludzkiej natury. Człowiek sam dla siebie stanowi największe zagrożenie i jak żaden inny zamieszkujący Ziemię gatunek, posiada ogromne możliwości w zakresie samowyniszczenia, z których często – świadomie bądź nie – czyni użytek. Nie są to zbyt odkrywcze wnioski, aczkolwiek nie można „Terminatorowi 2” zarzucić, iż jest filmem bez głębszego przekazu.

„Terminator 2 – Dzień Sądu” to bardzo udana kontynuacja obrazu z 1984 roku. W myśl niepisanej zasady sequeli, mamy tu jeszcze więcej akcji, jeszcze ciekawszą historię, jak również jeszcze lepszą oprawę wizualną. Film Camerona to bez wątpienia klasyk, z którym prędzej czy później koniecznie musi się zapoznać każdy miłośnik kina science-fiction.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja