Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Skowyt Białego Wilka – recenzja filmu „Wiedźmin”

Polskie kino fantastyczne cierpi już od dłuższego czasu. Cierpi na brak pieniędzy, na brak talentu reżyserów, aktorów i scenarzystów, cierpi na brak pomysłu. Ból ten, choć dokuczliwy, był jednak do zniesienia dla rodzimych odbiorców i fanów gatunku. Do czasu. Do czasu realizacji fantastycznej superprodukcji, jaką jest filmowa i serialowa wersja „Wiedźmina”. Dzięki „Wiedźminowi” dokuczliwy ból przerodził się w prawdziwe konwulsje i niczym głośny skowyt Białego Wilka poniósł się w dal, do najdalej zamieszkujących i najbardziej odciętych od świata fantastów.

Scenariusz pisały bobołaki

Fabuła serialu to zwykłe nieporozumienie. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, iż została stworzona rękoma (miejmy nadzieję, że rękoma) czterech różnych scenarzystów, z których trzech zdecydowanie przesadziło z wiedźmińskimi eliksirami. Sam scenariusz momentami wprost powala już nie tyle naiwnością, co zwykłą głupotą, zaś niektóre dialogi to prawdziwy majstersztyk nieudolności. Na całe szczęście, w całym trzynastoodcinkowym serialu trafiają się i lepsze momenty. Nie są one jednak zasługą twórców filmu, ale efektami kunsztu autora literackiego pierwowzoru. Oparty na motywach opowiadań oraz powieści Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”, chwilami pokazuje widzom swój potencjał; potencjał, już teraz zauważmy, zupełnie zmarnowany i absolutnie zaprzepaszczony. Zepsucie tak dobrego pomysłu i bazy dla filmu oraz serialu, należy uznać za nie lada wyczyn. Nie pierwszy to jednak raz przekonujemy się o niesamowitych możliwościach polskiej szkoły filmowej.

Bez zbytniego rozwodzenia się nad tym, jakże nieprzyjemnym dla fanów Sapkowskiego tematem, kolejne odcinki „Wiedźmina” należałoby podzielić na trzy kategorie: nie do obejrzenia, do obejrzenia – choć z trudem oraz możliwe do obejrzenia – zwłaszcza po kilku piwach. Odcinki nie do obejrzenie to przede wszystkim sam początek serialu. Dzieciństwo i młodość Geralta, jego pobyt w Kaer Morhen, wszystkie te cudaczne wzmianki o wiedźmińskim honorze, kobietach itp. sprawiają, że przebrnięcie przez ten etap absolutnie nie należy do łatwych. Na szczęście, dalej jest nieco lepiej. Wprawdzie przez cały serial towarzyszyć nam będzie wiedźmińskie aikido, szerokie pumpy i pseudo – katana, jednak przynajmniej nie będzie tu już tego szczególnego „chóru kozłów” pod postacią strych kapłanów i niewydarzonych nauczycieli oraz ich bzdurnych pomysłów na rolę, jaką spełniać ma zabójca potworów.

O obsadzie decydowały nitopyrze

Bohaterowie tego dramatu, a w szczególności wcielający się w nich aktorzy, to kolejny ważny punkt na drodze do odpowiedniego podsumowania i ocenienia „Wiedźmina”. Podobnie jak w przypadku fabuły, tak i tutaj można pokusić się o dokonanie pewnego rozdziału, na aktorów i resztę lub, co również odpowiada w pełni rzeczywistości, na role dobrane przyzwoicie, kreacje do przełknięcia oraz na przykłady zupełnego dyletanctwa ludzi odpowiedzialnych za obsadę serialu. Kreacji do przełknięcie jest tu zdecydowana większość, przez co nie ma się czemu dziwić, iż widz, przy 13 odcinkach ciągłego przełykania, zmuszony jest wielokrotnie przepłukiwać i dezynfekować gardło odpowiednio dobranymi płynami.

Wśród tej ponurej szarzyzny nierówną walkę o uratowanie „Wiedźmina” podjęła jednak mała grupka aktorów. Wśród niej znajdziemy nieodżałowanego Macieja Kozłowskiego (Falvick), Annę Dymną (Nenneke), Ewę Wiśniewską (królowa Calanthe) czy budzącego zrozumiałe kontrowersje wśród fanów Sapkowskiego – Zbigniewa Zamachowskiego w roli Jaskra. Pośród głównych postaci zdecydowanie najsłabiej wypada Grażyna Wolszczak jako Yennefer, tu już jednak całą winą należy obarczyć tych, którzy zdecydowali się na taki dobór aktorki. Oddzielną sprawą jest natomiast rola tytułowa oraz jej odtwórca. Michał Żebrowski stanął przed piekielnie trudnym zadaniem, aby na podstawie kulawego na obie nogi scenariusza i miejscami mocno głupawych dialogów stworzyć postać, która nie będzie znienawidzona przez widza już po pierwszych odcinkach. Ze swego zadanie wywiązał się w pełni przyzwoicie. Biorąc pod uwagę, ile trudu włożyli producenci filmu w to, aby za wszelką cenę utrudnić mu zadanie, Michałowi Żebrowskiemu należą się gromkie brawa.

Ale nie obyło się też bez prawdziwych aktorskich kulfonów. Takimi należałoby określić zdecydowaną większość elfów, które u Marka Brodzkiego – reżysera „Wiedźmina”, są zapewne najpaskudniejszymi wersjami tych mitycznych istot, jakie kiedykolwiek stworzono. Równie „ekstrawagancko” prezentuje się większość wiedźminów z Kaer Morhen oraz nielicznie występujące krasnoludy. Indywidualną nagrodę dla największego babola ulepionego przez odpowiedzialnych za obsadę ludzi, bezkonkurencyjnie zdobywa Marek Walczewski jako wielki i święty rycerz Ecyk z Denesle. Ten przykład braku pojęcia o wykonywanym zawodzie, powinien stać się kanonem dla wszystkich, którzy kiedykolwiek będą zajmowali się filmem.

Magów było niewielu

Jednak pośród całej palety wad, „Wiedźmin” ma też swoje mocne strony. Pierwszą, i kto wie, czy nie najważniejszą, jest literacki fundament autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Bardzo silną pozycję w serialu ma również muzyka skomponowana przez zmarłego tragicznie Grzegorza Ciechowskiego. Oprócz tego, należy tu także wspomnieć ponownie o aktorach. Niestety, na tym kończy się cała lista pochwał pod adresem omawianej produkcji.

Do zalet „Wiedźmina” nie można zaliczyć zgodności z literackim pierwowzorem. I nie chodzi tu jedynie o scenariusz, ale o całą wizję świata i wszystkiego, co po nim biega. Kostiumy, tzw. efekty specjalne (czyli gumowe stwory), plenery, scenografia i cała reszta drobnych szczegółów, które decydują o odbiorze przez widza, wszystko to razem nie trzyma się ładu ni składu, sprawia wrażenie wymyślanego na poczekaniu, przez ludzi nie mających zielonego pojęcia o prozie ASa.

A po planie biegał diaboł i groził, że będzie dupczył

Serial „Wiedźmin” to 13 zmarnowanych odcinków dla każdego, kto nie jest zaciekłym fanem Andrzeja Sapkowskiego, i kto nie potrafi przejść obojętnie obok jawnych dowodów na nieudolność ekipy pracującej przy tej produkcji. Jego największą zaletą jest to, iż w ogóle powstał; jego największą wadą, że nadal istnieje. Parafrazując słowa autora literackiego oryginału, można powiedzieć, iż gusta, którymi kierują się polscy „ludzie kina”, nie po raz pierwszy stanowią dla nas absolutną tajemnicę…

Ocena: 1/5

Dyskusja