Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zgrana baśń – recenzja filmu „Camelot”

Camelot: sezon 1

Mity i legendy arturiańskie wykorzystywane były zarówno przez literaturę, jak i przez film wielokrotnie. Inspirowali się nimi wielcy i mali twórcy z całego świata. Ich popularność oraz powszechność stała się ogólnoświatowa. Niestety, jak dotąd, popularność ta rzadko bywała przekuwana w naprawdę dobre, żeby nie powiedzieć – wybitne dzieła. Tak też stało się i tym razem. „Camelot” jest bowiem „dziełem” mocno średnim, kolejnym przykładem marnotrawstwa myśli i środków. Serial zapowiadano jako wysokobudżetową produkcję na miarę konkurencyjnej „Gry o Tron”. Po pierwszym, i zapewne ostatnim sezonie, twórcy „Camelotu” mogą śmiało zacytować trenera Piechniczka: Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze.

Jasne plamy na ciemnej stornie księżyca

Akcja „Camelotu” rozgrywa się gdzieś u progu wieków średnich, po odejściu rzymian z terenów Brytanii. Król Uther zostaje zamordowany przez własną córkę, Morganę. Tuż przed śmiercią, pod wpływem swego maga i doradcy, Merlina, następcą mianuje jedynego syna – Arthura, wychowywanego z dala od dworu, nieświadomego własnego pochodzenia. Jednak Morgana w żaden sposób nie zamierza rezygnować z marzeń o koronie. Rozpoczyna się walka na intrygi i sztylety pomiędzy dworem młodego Arthura, a jego przyrodnią siostrą…

Fabuła pierwszego sezonu nie zachwyca. Oprócz kilku ciekawych motywów, odnoszących się bezpośrednio do legend arturiańskich, nie znajdziemy w niej niczego, co przykuje widza na dłużej. Nieco lepiej, ale jedynie częściowo, jest z głównymi bohaterami dramatu oraz wcielającymi się w nich aktorami. Na pierwszy plan bezsprzecznie wysuwają się postacie Merlina i Morgany. Merlin, mag magów, doradca i opiekun Arthura, pokazany został w sposób bezsprzecznie oryginalny. Każdy, kto spodziewałby się ujrzeć siwobrodego starca w spiczastej czapie i gwieździstej szacie, dozna sporego zaskoczenia. Merlin w „Camelot” przypomina bardziej najemnika lub zwykłego zbója. Postura żołnierza, twarz naznaczona bliznami i ogolona głowa nie budzą skojarzeń z największym spośród czarodziejów. Wcielający się w tę rolę Joseph Fiennes jest najjaśniejszą gwiazdą serialu. Znany z filmów „Zakochany Szekspir”, „Wróg u bram” czy „Urok mordercy” aktor, doskonale odegrał postać Merlina – tajemniczej szarej eminencji, targanego sprzecznymi emocjami maga, którego moc przeraża jego samego.

Drugą godną uwagi kreacją jest Morgana, czyli piękna i diaboliczna Eva Green. Początkowo wydawało się, że dziewczyna Bonda w „Camelot” wystąpi jedynie jako typowy ozdobnik, mający przyciągnąć uwagę męskiej części widowni. Planom tym niewątpliwie sprzyja fakt, iż Eva Green, nie tylko na planie tego serialu, nigdy nie czuła się zbytnio przywiązana do noszonych przez siebie ubrań. Z czasem jednak okazało się, że jest tu jedyną obok Josepha Fiennes’a prawdziwą aktorką, potrafiącą być czymś więcej niż przysłowiową wisienką na torcie.

Sporym rozczarowaniem jest natomiast postać rycerza Gawaina, w tej roli Clive Standen. Nie jest to jednak bynajmniej wina aktora wcielającego się w tę legendarną postać, a zupełnego braku pomysłu scenarzystów. Absolutnym nieporozumieniem wydaje się już natomiast postać młodego króla Artura. Tak sam pomysł na nią, jak i obsadzenie w tej roli mocno przeciętnej urody blond – aniołka (Jamie Campbell Bower), zupełnie przekreśliły marzenia producentów o sukcesie „Camelotu”. Początkowo irytujący, z czasem zupełnie niewyraźny król, przypomina jakiś przedziwny amalgamat nieudanych aktorskich kreacji. Gra Bowera jest nijaka, ale i sam scenariusz bynajmniej nie ułatwia mu zadania. W niektórych scenach widz musi wykazać się prawdziwie anielską cierpliwością, aby nie wyłączyć czym prędzej oglądanego właśnie serialu.

Obrazek

Baśń dla nieco starszych dzieci

„Camelot” powstał na kanwie powieści Thomasa Malory’ego pt. „Śmierć Artura”, który to romans napisany został w 1485 roku, będąc kompilacją średniowiecznej literatury arturiańskiej. Powieść częściowo zawiera oryginalne wątki, ale większość materiału jest przeróbką poprzednich dzieł. „Śmierć Artura” to prawdopodobnie najbardziej znana wersja historii Króla Artura i to na niej właśnie opierali się choćby T. H. White czy Alfred Tennyson. Efektem wzorowania się scenarzystów na podobnym dziele, jest mocno nierówna baśń, przeznaczona dla nieco starszych dzieci.

Fabuła serialu, jak już było mówione, jest mocno przeciętna. Nieco urozmaica ją wątek nieszczęśliwej miłości Artura i Ginewry, jednak prawdziwego koloru nadaję jej dopiero pojedyncze wątki, w których baśń przeplata się z ponurą rzeczywistością. Tak dzieje się na przykład w historii o Excaliburze, legendarnym mieczu króla Artura. Według dawnych opowieści, miecz ten trafił do rąk króla dzięki Pani Jeziora – sojuszniczce Merlina, która mogła być celtycką boginią lub przynajmniej mityczną kobietą z zaświatów. Tymczasem w „Camelot” widzimy ciekawą wersję tego, w jaki sposób powstać mogła ta legenda. Merlin, poszukując doskonałego miecza dla nowego króla, trafia do mistrza cechu mieczników. Ten wykuwa najwspanialszą broń, jaka kiedykolwiek wyszła spod jego ręki. W tym jednak momencie sprawy zaczynają się błyskawicznie komplikować, w wyniku czego Merlin zmuszony zostaje do użycia swych niezwykłych mocy. Jego potęga okazuje się tak wielka, że nawet on sam nie jest w stanie nad nią w pełni zapanować. Doprowadza do śmierci miecznika i jego córki, zaś opowieść o Pani Jeziora, którą przedstawia na dworze, staje się wypaczoną wersją autentycznych wydarzeń.

Fikcja mało wiarygodna

„Camelot” tuż przed premierą budził nadzieje widzów i fanów kina fantastycznego na serial, który udźwignie ciężar mitów arturiańskich i będzie potrafił przedstawić je w sposób godny, a zarazem intrygujący. Nadzieje te pozostaną jednak niespełnione do czasu, aż kolejni śmiałkowie postanowią zmierzyć się z legendą króla Artura oraz wymaganiami współczesnego kina. Jak widać na przykładzie tego serialu, nie do wszystkich dotarło już, iż nie da się tworzyć podobnych produkcji, czerpiąc z wzorców używanych jeszcze kilkanaście lat temu. Współczesna baśń filmowa musi być dziełem przemyślanym i doskonale wykonanym, aby w natłoku konkurencji zatrzymać widza przy sobie. Jak powiedział to niegdyś Mark Twain: Fikcję od rzeczywistości różni to, że fikcja powinna być wiarygodna. W tym jednak przypadku fikcji tej, poza nielicznymi przypadkami, daleko do jakiejkolwiek wiarygodności. Nic więc dziwnego, że i popyt na nią jest nieduży.

Ocena: 2/5

Dyskusja