Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zmienić bieg historii – recenzja filmu „Końcowe odliczanie”

Lotniskowce typu Nimitz to największe okręty wojenne świata. Obdarzone atomowym napędem, od 1975 roku, kiedy zaczęto wprowadzać je do służby, stanowią trzon sił marynarki Stanów Zjednoczonych. Pierwszy z nich, USS Nimitz CVN-68, to nie tylko potężna jednostka bojowa, ale i główny bohater kultowego filmu science-fiction „Końcowe odliczanie” w reżyserii Dona Taylora.

Jest rok 1980. W trakcie manewrów wojskowych na Pacyfiku, w których uczestniczy wspomniany Nimitz, dochodzi do niespodziewanych zakłóceń atmosferycznych. Na ich skutek supernowoczesny lotniskowiec, wraz z załogą na pokładzie, zostaje przeniesiony w czasie niemal o czterdzieści lat wstecz. Po tym, jak początkowy chaos zostaje opanowany, dowództwo z niepokojem zauważa, że jest grudzień 1941 roku. Zgodnie z historią, już za kilka dni ma się odbyć zmasowany japoński atak na Pearl Harbor. Kapitan Matthew Yelland może zmienić jej bieg – jeśli tylko zdecyduje się ostrzec dowództwo amerykańskiej armii przed niebezpieczeństwem i przyłączyć się do bitwy, od której będą zależały przyszłe losy Stanów Zjednoczonych.

Dzieło Taylora oparte jest na interesującym pomyśle. I chociaż podróże w czasie stanowią jeden z najpopularniejszych motywów w literaturze i kinie science-fiction, to „Końcowego odliczania” nie sposób uznać za sztampowe bądź powielające ograne schematy. Film pozostaje wciągający od pierwszej do ostatniej minuty, a poruszane w nim problemy, takie jak konsekwencje ewentualnej modyfikacji przeszłości lub zadawane między wersami pytanie, czy tragedii, jaką był japoński atak na Pearl Harbor, można było uniknąć, jedynie dodają mu smaczku. Zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwaliby po tym obrazie spektakularnych bitew, wielkich morskich i powietrznych batalii, które poprzedzałyby pomyślne zakończenie. Finał „Końcowego odliczania” jest na swój sposób zaskakujący, choć z pewnością nie zabraknie i takich, którzy będą nim rozczarowani.

Piętno, jakie na Amerykanach odcisnął japoński atak na Pearl Harbour, daje się wyraźnie zauważyć, gdy scenariusz filmu poddamy głębszej analizie. „Końcowe odliczanie” to prawdziwy, spektakularny pokaz możliwości militarnych Stanów Zjednoczonych. Początkowo załoga Nimitza, nie wierząc w przeniesienie w czasie, jest pewna, iż cała zaistniała sytuacja to tak naprawdę sprytny fortel ze strony Rosjan. Dopiero po jakimś czasie staje się jasne, iż Ameryce zagrażają Japończycy (niejednokrotnie nazywani przez bohaterów po prostu „yellows”). Piloci USA aż garną się do tego, by uprzedzić atak cesarskiej armii, „odegrać się” na Japończykach i zmienić bieg dziejów. Między wersami scenariusza, w poszczególnych scenach, można zauważyć wyraźne przesłanie: dziś jesteśmy już militarną potęgą, naszej armii nikt i nic nie jest w stanie zagrozić, i nie ma szans, aby podobne tragiczne wydarzenia mogły się kiedykolwiek jeszcze powtórzyć.

Wspomniane wrażenie potęgowane jest przez obrazy, które widzimy w trakcie seansu. Co rusz trafiamy wraz z załogą do wielkich kokpitów pełnych kolorowych przycisków i diod, odpowiadających za niezliczone funkcje lotniskowca, zaś obrazy lądujących na okręcie, supernowoczesnych wówczas myśliwców F-14, służą za przerywniki pomiędzy scenami. Nie brakuje też zdjęć ukazujących Nimitza w całym swoim splendorze, a widok lecących w bojowym szyku maszyn – tak amerykańskich, jak i japońskich „Zer” – zaprze dech w piersiach niejednego miłośnika militariów. Wszystko to sprawia, że w roli demonstratora siły amerykańskiej armii, „Końcowe odliczanie” sprawdza się lepiej niż znakomicie.

Obrazek

Co istotne, film posiada także przyjemną dla ucha oprawę muzyczną, wraz z zapadającym w pamięć głównym motywem. Jest także bardzo dobrze zagrany. Na tle całej obsady zdecydowanie błyszczy Kirk Douglas, który z powodzeniem wciela się w rolę odpowiedzialnego i charyzmatycznego kapitana Yellanda. Ponadto, bardzo dobry występ zaliczył Charles Durning w roli butnego senatora Samuela Chapmana, a także Katharine Ross, zwracająca na siebie uwagę nie tylko dobrą grą aktorską, ale i nieprzeciętną urodą.

„Końcowe odliczanie” posiada wszystkie te atuty, które zwykle decydują o wysokiej jakości filmu: dobrą grę aktorską, ładną oprawę audiowizualną oraz spójny, pozbawiony luk scenariusz. Jeśli dodać do tego fakt, iż produkcja bazuje na interesującym pomyśle, to dzieło Taylora jawi się jako obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika fantastyki naukowej, który szuka w kinie tego gatunku nie nadzwyczajnych efektów specjalnych, lecz intrygujących, ciekawie opowiedzianych historii.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja