Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Żółwie Ninja w przyzwoitej dyspozycji – recenzja filmu „Wojownicze Żółwie Ninja”

Słynny komiks „Wojownicze Żółwie Ninja”, autorstwa Kevina Eastmana i Petera Lairda, doczekał się w latach dziewięćdziesiątych aż trzech ekranizacji. Przygody sympatycznych, żółwich wojowników prezentowały bardzo nierówny poziom i każda kolejna ich odsłona odnosiła mniejszy sukces od poprzedniej. Czarę goryczy przelała część trzecia, po której Żółwie Ninja nie pojawiły się na ekranach kin przez kilkanaście lat. Aż do 2007 roku, kiedy to „Wojownicze Żółwie Ninja” za sprawą Kevina Munroe’a zagościły na nich ponownie. Tym razem w nowej, animowanej wersji.

Przypomnijmy, że „Wojownicze Żółwie Ninja” w swojej komiksowej wersji powstały w 1984 roku. Ich rysunkowe przygody miały bardzo parodystyczny charakter, a między kolejnymi kadrami nietrudno było dostrzec pastisz na popularne amerykańskie historie o superbohaterach. Żółwie Ninja były niegdyś zwykłymi, hodowanymi w domu zwierzętami, podobnie jak ich szczurzy mentor i późniejszy nauczyciel sztuk walki, Splinter. Kiedy jednak wskutek wypadku wszyscy znaleźli się pod wpływem działania tajemniczej cieczy, zwanej Ooze, zaczęli rosnąć, nabierać inteligencji, aż w końcu nauczyli się mówić i poruszać na dwóch nogach. Po tej transformacji Splinter, którego niegdysiejszy pan posiadał własną szkołę sztuk walki, zdecydował, że będzie przekazywał jej tajniki swoim nowym podopiecznym. Tak, w dużym skrócie, narodzili się żółwi superbohaterowie, z których każdy przybrał imię pochodzące od jednego z wielkich mistrzów epoki renesansu. Odtąd głównym wrogiem Leonarda, Michaela Angela, Donatella i Raphaela stał się Shredder, któremu zamierzali wymierzyć sprawiedliwość za śmierć Yoshiego, do którego – jeszcze w swojej miniaturowej formie – kiedyś należał Splinter.

Co ciekawe, fabuła najnowszej odsłony „Wojowniczych Żółwi Ninja” rozpoczyna się już po śmierci Shreddera. Po tym, jak Żółwie pokonały swojego największego rywala, ich rodzina zaczęła się rozpadać. Leonardo został wysłany na rok do południowoamerykańskiej dżungli, by doskonalić swojego ducha i umiejętności walki. Rafael pod nieobecność brata bawi się w superbohatera, a Donatello i Michael Angelo pracują dorywczo, wykonując zajęcia niezbyt przystojące superbohaterom. Jak to jednak zwykle bywa, Żółwie ponownie jednoczą się, gdy miastu grozi nowe niebezpieczeństwo. Tym razem, pewien bogaty przemysłowiec, Max Winters, zamierza wykorzystać niezwykłe ułożenie planet, aby przyzwać z kosmosu armię potworów. Jego ostatecznym celem jest zdobycie władzy nad światem, a jedyni, którzy mogą mu w tym przeszkodzić, to, rzecz jasna, Żółwie Ninja wraz ze Splinterem.

Za scenariusz i reżyserię „Wojowniczych Zółwi Ninja” zabrał się Kevin Munroe, kanadyjski reżyser, dla którego był to debiut w pełnometrażowej produkcji. Pod względem fabularnym film nie powala na kolana. Motywy takie jak ratowanie świata przed zagładą czy przyzywanie bestii z innego wymiaru, niejednokrotnie pojawiały się w historiach o żółwich wojownikach. Interesujący jest natomiast motyw kłótni między braćmi, z którego wynika jasne przesłanie o tym, jak ważną wartością jest rodzina, braterska przyjaźń, a także współdziałanie dla osiągnięcia celu. Morał to dość banalny, lecz podany w taki sposób, że co młodsi odbiorcy z pewnością nie będą mieli problemu z jego dostrzeżeniem.

Choć najmłodsi widzowie, do których film jest adresowany, bez wątpienia zostaną pochłonięci przez przygody Wojowniczych Żółwi, to ich rodzice bądź starsze rodzeństwo raczej nie odnajdzie w nim nic, co kazałoby go zapamiętać na dłużej. Od początku do końca projekcji mamy tu do czynienia z wartką i dynamiczną akcją, jednak kluczowy dla fabuły wątek rozwija się dość powoli, by nabrać rozmachu dopiero w ostatnich dwóch kwadransach seansu. Można także ubolewać nad faktem, iż w „Wojowniczych Żółwiach Ninja” jest znacznie mniej humoru, niż można by się spodziewać. Jest to o tyle zaskakujące, że w komiksowym pierwowzorze dowcipu nie brakowało. W filmie Munore’a, owszem, momentami bywa zabawnie, jednak są to zaledwie pojedyncze epizody.

Obrazek

Produkcja ta jednak prezentuje się rewelacyjnie, jeśli wziąć pod uwagę oprawę audiowizualną. W przeciwieństwie do dotychczasowych filmów o Żółwiach Ninja, tym razem zdecydowano się na pełną animację. Aktorów przebranych w gumowe kostiumy zastąpiły komputerowe efekty, co wychodzi filmowi zdecydowanie na dobre, zwłaszcza że poziom wykonania animacji jest bardzo wysoki, co widać przede wszystkim po wyglądzie żółwich bohaterów. Dobre wrażenie robi ponadto muzyka. W tle pobrzmiewają przede wszystkim przyjemne dla ucha i świetnie komponujące się z konwencją filmu rockowe kawałki. Jedynie podczas decydujących starć bądź innych kluczowych dla fabuły wydarzeń, muzyka przybiera bardziej wzniosłe, z lekka patetyczne tony, ale i wówczas do uszu widza płyną poprawnie skomponowane, umilające seans brzmienia.

„Wojownicze Żółwie Ninja” to doskonała propozycja zarówno dla najmłodszych widzów, jak również wszystkich tych, którzy uważają się za sympatyków komiksu Kevina Estmana i Petera Lairda. Ci pierwsi z pewnością nie przywiążą uwagi do fabularnych braków produkcji, ci drudzy natomiast, w swojej sympatii do żółwich wojowników, z pewnością przymkną na nie oko. Dla wszystkich pozostałych „Wojownicze Żółwie Ninja” będą co najwyżej przyjemną propozycją na umilenie niedzielnego popołudnia, zwłaszcza jeśli spędzać je w towarzystwie kilku-, bądź kilkunastoletnich dzieciaków.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja