Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Najlepszy diabeł – recenzja komiksu „Lucyfer: Wilk pod drzewem”

Fani komiksowego Lucyfera mogą się cieszyć z powrotu ich bohatera w tomie ósmym, zatytułowanym „Wilk pod drzewem”. Jest to zbiorcze wydanie zeszytów 51-54 oraz 50 i 45. Siódma część była wprawdzie wyraźnie słabsza, ale najnowszy Lucyfer nie zawodzi.

Wspólnymi siłami udało się pokonać tytanów Garamasa i Gygesa, jednakże te wydarzenia mają być jedynie wstępem do kolejnych przygód. Nowym zagrożeniem okazuje się być Fenris (tytułowy wilk), którego drugie imię to zniszczenie. Fenris szuka Drzewa Światła, a jedynie Gwiazda Zaranna wie, co się stanie, gdy wilk osiągnie swój cel.

Scenarzysta Lucyfera, Mike Carey, wyciągnął kolejną postać z mitologii wikingów, jaką jest Fenris – dziecko Lokiego, olbrzymi wilk, którego powołaniem jest destrukcja i rozlewanie krwi. Na całe szczęście, tak jak i poprzednio, Gwiazda Zaranna z wyprzedzeniem widzi ruchy przeciwników, co wcale nie oznacza, że dawny pan piekieł wyjdzie z tej potyczki bez szwanku. Ciekawym jest, iż pokazano nam zupełnie inne oblicze Michała – w końcu przestaje mieć głowę w chmurach i gdy nadchodzi pora, przystępuje do działania. Odczuwa także takie uczucia jak żal, gniew czy też zwątpienie. Grono bohaterów zapełnia także Elanie – córka Michała, która dzięki swojej obecności pozwala na takie świetne dialogi jak te, podczas obiadu u Losu.

Cieszy bardzo, że Carey nie kopiuje postaci Gaimana, a korzysta z niej w sposób inteligentny. To i inne smaczki sprawiają, iż czytelnik wie, że autor chce opowiedzieć przemyślaną historię. Oprócz tytułowej opowieści, w środku znalazły się także dwie inne historie. W pierwszej – „Lilith”- dowiadujemy się, jak powstało Srebrne Miasto. Geneza miasta aniołów, ich społeczności i innego ważnego wydarzenia to także historia o Lilith, czyli pierwszej żonie Adama. Często spotkać ją można w wielu apokryfach – alternatywnych historiach związanych z Biblią. Drugie opowiadanie – „Neutralny Grunt”, to historia o spotkaniu demonów, które dyskutują nad odejściem Yahwe. Całe posiedzenie ma miejsce w duszy człowieka imieniem John Sewell, a znając serię, to nie może się dobrze zakończyć. Podczas gdy wszyscy szaleją, jedynym spokojnym jest Lucyfer.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to niestety nie stoi ona na tak wysokim poziomie, co sama historia. ”Neutralny Grunt” Teda Naifeh’a woła wręcz o pomstę do nieba, mimo iż artysta wyraźnie próbował wyrazić ekspresję, to produkt finalny jest niezadbany, wręcz niechlujny. Wyraźnie lepiej poszło za to Craig’owi Russell’owi w „Lilith”. Skoncentrował się on na głównych postaciach historii, nie przykładał się bardzo do tła. Mimo. Grafika Petera Crossa sprawia wrażenie zrobionej pospiesznie, wręcz z przymusu. Zwiększone ujęcia bynajmniej nie sprawiają wrażenia, że artysta istotnie przemyślał swoje dzieło.

Ósmy tom Lucyfera to z pewnością lektura godna polecenia. Lepsza od poprzednika, stanowi przyzwoite wprowadzenie do kolejnych, jeszcze ciekawszych intryg, które będą się toczyły ze zdwojoną szybkością. Niestety, na te polskiemu czytelnikowi przyjdzie czekać do 2013; na pocieszenie Egmont w międzyczasie wyda reedycję
wszystkich dotychczasowych Lucyferów.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont, za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Dyskusja