Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Obcy: nieudane starcie – recenzja filmu „Prometeusz”

Seria „Aliens” ma tysiące zwolenników na całym świecie. Od roku 1979, czyli od premiery części pierwszej, saga obrosła prawdziwym kultem, wprawdzie nie takim na miarę „Gwiezdnych Wojen”, ale z pewnością każdy miłośnik s-f tytułowe potwory zna. Wybierając się do kina na najnowszą odsłonę „Obcego”, a właściwie na jego nieformalny prequel, można iść jako totalny fan, z rozbuchanymi oczekiwaniami, albo jako zwykły zjadacz popcornu, bez większych refleksji. Od wyboru tej postawy zależy czy wyjdziemy z seansu relatywnie zadowoleni, czy też z poczuciem całkowitej klęski.

Najnowsze dzieło Ridleya Scotta wzbudza wśród widzów mieszane uczucia, Ci którzy spodziewali się mrocznego dark s-f w stylu „Ósmego Pasażera Nostromo” czy „Łowcy Androidów”, otrzymali nudnawą space operę niczym tasiemcowaty „Star Gate”. Choć całość ratuje świetna obsada, zdjęcia Dariusza Wolskiego i muzyka, to scenariusz nadal pozostaje prawdziwą katastrofą. Damon Lindelof stworzył kultowy serial „Zagubieni”, ale tutaj zupełnie sobie nie poradził, podobnie John Spaihts, który wcześniej nie stworzył niczego wielkiego. Pierwsze pół godziny trzyma klimat, naprawdę, ale to co dzieje się później, woła o pomstę do nieba.

Sceny, które w zamierzeniu miały być dramatyczne, często rozbawiały całą widownię do łez. To smutne, przecież Scott miał mnóstwo czasu i pieniędzy, aby stworzyć dzieło na miarę części pierwszej, ale widocznie nie sprostał temu zadaniu. Można wymieniać po kolei banalne i nietrzymające się całości sceny, ale pozostawię tą przyjemność Widzowi.

Efekty specjalne są na najwyższym poziomie, spece od grafiki i FX stworzyli realistyczny świat z innej planety, tajemniczy i groźny. Tytułowy statek kosmiczny, wypełniony muzyką Marca Streitenfelda (etatowy kompozytor u Scotta), tworzy nastrojową mieszankę rodem z obrazów Hansa Rudiego Geigera, a zdjęcia Darka Wolskiego (m. in. „Piraci z Karaibów”, „Alicja w krainie czarów”), znakomicie dopełniają bardzo przyjemny audiowizualny odbiór filmu.

Zachwyca Michael Fassbender (m. in. “Bękarty Wojny”, “X-men”, “300”) w roli androida. Wygłaszane przez niego kwestie i słowne dysputy z bohaterami, tworzą całą filozoficzną płaszczyznę filmu. Godny mentalny spadkobierca Bishopa, chociaż oczywiście biorąc pod uwagę chronologię sagi, to był pierwszy. Tutaj jest drobna nieścisłość, ponieważ jest on najbardziej ludzki, i dopracowany, ze wszystkich androidów w serii o Obcym. Reszta aktorów, łącznie z Charlize Theron, jest przewidywalna i ani na chwilę nie opuszcza ram narzuconego stereotypu – nuda.

Fabuła wyjaśnia kilka elementów z późniejszych części, np. jaka jest geneza Xenomorfów, ale też wprowadza zupełnie nowe wątki, które prawdopodobnie będą przyczynkiem do stworzenia kolejnych części „Prometeusza”. Oglądając, widz ma wrażenie, że film stara się być głębszy, niż jest w rzeczywistości. Może na to wskazywać, choćby tytułowe nawiązanie do mitologii i historia tytana, który wykradł ogień bogom, ale też odniesienia do Holocaustu, które zmuszają do refleksji nad kierunkiem rozwoju ludzkości. Niestety te metafizyczne rozważania przyćmione są masą bezsensownych zachowań bohaterów i dziurami w scenariuszu, które niweczą pierwotny zamysł twórcy, aby stworzyć dzieło głębokie, niczym ekranizacja słynnej powieści Philipa Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Autor nie udźwignął własnej legendy, która urosła po stworzenia „Pasażera Nostromo” i zawiódł wielu fanów sagi, niczym George Lucas popełniając „Mroczne Widmo”.

Z pewnością warto obejrzeć „Prometeusza” w kinie, ale warto potraktować go z przymrużeniem oka, a nie nastawiać się na kontynuację kultowego dzieła sprzed lat. Piękna realizacja i świetna gra aktorska, to wystarczający powód do wydania 20zł na bilet, a naiwność scenariusza to przecież wada niejednego ze współczesnych dzieł Hollywood. „Jeżeli mierzysz nisko, to nie możesz się zawieźć”. Tylko ten Ridley Scott nie pasuje, gdyby to był Michael Bay albo Romero, czy Sam Raimi, to wszystko byłoby oczywiste, ale od twórcy „Gladiatora” jednak oczekuje się więcej.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja