Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Obcy z dawna oczekiwany

„Prometeusz” był jedną z najbardziej oczekiwanych premier ostatniego czasu. Gdy prawie dwa lata temu Ridley Scott ogłosił początek prac nad tym filmem, tysiące fanów serii o Obcym wstrzymało oddech. Logiczne, że kontynuacja przygód Ellen Ripley nie wchodziła w grę (chociażby ze względu na wiek Signourney Weaver), dlatego też reżyser zdecydował się na prequel – film o wydarzeniach z tak zwanego „przed”.


Jak to się zaczęło

W pierwszym filmie o Obcym, czyli w „Ósmym pasażerze Nostromo”, załoga statku trafia na księżycu LV-426 na kosmiczny wrak, na którym to, jak wiemy, znaleźli larwy Obcych. To właśnie na ten księżyc przybywa prawie trzy dekady wcześniej ziemska ekspedycja. Para naukowców: Elizabeth Shaw i Charlie Holloway, odnajduje liczne dowody na to, iż mogą odkryć początki ludzkiego gatunku. Oprócz nich w skład ekspedycji wchodzą: chłodna i wyrachowana przedstawicielka wpływowej, ziemskiej korporacji – Meredith Vickers, kapitan Janek oraz kilku innych, w tym android David (bardzo przypominający Bishopa). Grupa praktycznie natychmiast odkrywa pozostałości po rasie Gigantów (czyli Space Jockeyów), którzy to mieli stworzyli ludzi. Niestety, badacze spóźnili się – coś wymordowało praktycznie wszystkich przedstawicieli tej rasy… Łatwo się domyślić co.

Obcych, jako takich, w filmie nie uświadczymy, nie licząc jednej, ostatniej sceny. Należy sobie więc zadać pytanie: czy to źle, że Xenomorfów w tym filmie nie ma? A może jednak film bez nich da radę oczarować widza innymi atutami?

Film był długo wyczekiwany, a liczne trailery i materiały zdjęciowe tylko podsycały głód fanów. Niestety, jak to czasem bywa, im większe oczekiwania, tym większe rozczarowanie. Tak więc, czy brak Obcego w filmie, który miał być prequelem tak znakomitej serii, to wada, czy zaleta? Tu okazuje się to być w dużej mierze pozytywem, bo widzowie przez lata zdążyli przyzwyczaić się do Obcych i wiedzą, czego się po nich spodziewać. Twórcy filmu chcieli straszyć widza tak, jak zrobili to po raz pierwszy w 1979, w pierwszym filmie o Obcym. Dlatego też zastąpiono Xenomorfy tak niepokojącymi niewiadomymi.

I tak jest się czego bać

I faktycznie jest się czego bać. Widz już praktycznie od samego początku wczuwa się w sytuację załogi, która bada pozostałości po Gigantach. Wraz z nimi penetrujemy tunele prastarych ruin, w których mimo wszystko dalej tli się życie. Do jednej z najbardziej niepokojących scen należy niewątpliwie ta, gdy dwójka członków ekspedycji odłącza się od reszty, by wcześniej wrócić na statek.

I tak nie obyło się bez błędów

Generalnie cały film zbudowany jest na zasadzie przekładania scen bardzo mocnych obrazowo, dynamicznych oraz wywołujących uczucia lęku i zagrożenia, z ujęciami bardzo powolnymi, patetycznymi dialogami czy ze scenami po prostu nudnymi. Nie trzeba chyba mówić, że niezbyt dobrze sprawdza się to w praktyce. Gdy widz już się wczuł i zaczyna się autentycznie bać tego, co czai się w ciemności, nagle zostaje zaatakowany rozmową dwójki naukowców – narzeczonych o tym, jak niewątpliwie wielki sukces odnieśli. I wszystkie emocje nagle ulatują.

Na dodatek w filmie nie brak wielu nonsensów i sprzeczności. Nie chodzi tu bynajmniej o fakt, że statek badawczy „Prometeusz”, mimo że starszy od „Nostromo” o ponad trzydzieści lat, wygląda o wiele bardziej nowocześnie. Dla przykładu: Elizabeth ma komputer mieszczący się na kawałku przezroczystego plastiku, natomiast za trzy dekady Ripley będzie posługiwała się sprzętem przypominającym przedpotopowe Amigi.

Dodatkowo, zakończenie filmu kłóci się w dużej mierze z początkowymi scenami „Aliena”. Jako przykład można wymienić chociażby to, że statek, który odkrywa załoga „Nostromo”, ma być tym samym, który zobaczymy w „Prometeuszu”. Po dokładnym przyjrzeniu się, oba pojazdy różnią się i to dość drastycznie. Podobnie jak rozlokowanie szczątków: w filmie z 1979 martwy Gigant, spoczywa w kokpicie, natomiast w prequelu dowiemy się, że jego losy potoczyły się zupełnie inaczej. Takich przykładów na niekonsekwencje twórców, czyli „easter eggs”, fani wyłapali jeszcze dziesiątki, więc nie warto się nad nimi rozwodzić.

Nielogiczne i sprzeczne zachowania bohaterów filmu również wywołują pewien niesmak. Podobnie zresztą, jak zbytnie naciąganie wielu motywów. Jednym z nich są chociażby korelacje rodzinne, które łączą Meredith Vickers ze sponsorem tej wyprawy. Warto wspomnieć, że ufundował tę ekspedycję bynajmniej nie ze szczytnych pobudek, ale dla własnego interesu (tu akurat należy się uznanie, że praktycznie jak w każdym filmie o Obcych, ukazany jest spór wartości moralnych z interesami ziemskich korporacji czy wojska). Widz praktycznie od pierwszej chwili może łatwo się domyślić, jakie relacje łączą bilionera z Meredith; za to twórcy przeciągali wątek w nieskończoność, budując przesadny dramatyzm i napięcie wokół tej sprawy.

Drugim, mocno naciąganym aspektem tego filmu, jest łańcuch przyczynowo – skutkowy, który ma doprowadzić do powstania Obcego. Ale nad tym nie chciałbym się zbytnio rozwodzić, by nie zdradzić zbyt wiele z fabuły filmu. Wystarczy tylko, że wspomnę, iż wątek ten jest zdecydowanie przesadnie skomplikowany.

Plusy też się znajdą

A teraz przejdźmy do rzeczy, które wypadły in plus dla „Promteusza”. A tu na pierwszy plan wybija się scenografia (dzieło Arthura Maxa ) oraz projekty kostiumów. Wszystkie te elementy wyglądają nie tylko wiarygodnie, ale potrafią oczarować widza. Już jeden rzut oka na panoramę LV-426 czy wnętrza budowli wystarczy, by wiedzieć, że mamy do czynienia z dziełem Ridleya Scotta. W filmie pełno jest tak charakterystycznych elementów dla serii o Obcym, jak architektoniczne „użebrowania” czy wnętrza statków kosmicznych.

A jeśli chodzi o kostiumy, to warto zwrócić szczególną uwagę na skafandry ułatwiające przetrwanie w beztlenowej atmosferze. Wyglądają one równocześnie bardzo nowocześnie, wręcz futurystycznie (np. ostry niebieski kolor lub podświetlanie twarzy), a jednocześnie bardzo „retro”, o czym świadczy chociażby olbrzymi hełm, przypominający szklaną bańkę, rodem z starych komiksów S-F.

Obrazek

Gra aktorska również okazała się bardzo dobra (mimo sprzeczności i paradoksów wynikających ze scenariusza). Michael Fassbender, grający Davida, bezbłędnie oddał zachowania typowe dla androida. Doskonale pokazał twarz nie człowieka, ale maszyny, która myśli przede wszystkim analitycznie i logicznie, a takie uczucia jak strach czy wątpliwości są jej nie znane.

Jednak na pierwszy plan wybija się postać Elizabeth (w tej roli Noomi Rapace), która miała być nową Ellen Ripley. Wraz z rozwojem fabuły odkrywamy kolejne wspólne mianowniki, które łączą obie panie. Pani naukowiec bez wahania stawi czoła każdemu zagrożeniu, mimo że naprawdę jest przerażona. Jednak determinacja i atawistyczna chęć przetrwania biorą górę. Mało tego, chce poznać sprawców swojego nieszczęścia (Gigantów) i odpowiedź na pytanie „dlaczego?”.

I tu warto zwrócić uwagę, że historia ta nie kończy się definitywnym słowem „koniec”. Producenci filmu zostawili sobie bardzo wygodną „fabularną furtkę”, z której skorzystają, jeśli „Prometeusz” odniesie sukces. A już w chwili polskiej premiery film zarobił tyle, że Ridley Scott potwierdził przypuszczenia, jakie niejednemu z nas nasuną się w trakcie oglądania, iż już rozpoczyna pracę nad drugą częścią.

Co dalej?

Należy zadać sobie w tej chwili pytanie: czy „Prometeusz” jest nadal częścią serii „Obcy”, czy jest już nowym, pierwszym filmem o rasie Gigantów i ich relacjach z ludźmi. Może to jednak dobrze, że twórcy zrezygnowali z wyeksploatowanego przez cztery filmy wątku Xenomorfów, na rzecz nowego gatunku, a co za tym idzie, nowych tajemnic i nowych historii. Należ więc oceniać „Prometeusza” w zupełnie odrębnej kategorii. Gdy przestaniemy myśleć o nim, jak o filmie o Obcych, okaże się, że otrzymaliśmy opowieść nie tylko całkiem niezłą, ale, co najważniejsze, intrygującą. Wspomniana „Furtka fabularna” sprawi bowiem, że niejeden z nas po wyjściu z kina zechce dowiedzieć się, „co będzie dalej”?

Dyskusja