Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Twardy, szybki chempunk – recenzja książki „Alkaloid”

Wśród polskich twórców, piszących fantastykę, pojawia się coraz więcej nazwisk, które szybko znajdują swoje miejsce w czytelniczych umysłach. Skutecznie rozpanoszył się tam Dukaj, przebojem wdarł Wegner, teraz zaś pojawił się nowy autor o starym nazwisku. Aleksander Głowacki, twórca „Alkaloidu”, świadomie nawiązuje do Bolesława Prusa nie tylko przybranym pseudonimem, ale też główną postacią swojej powieści. Wyrwał on Wokulskiego z realiów, przedstawionych w „Lalce” i rzucił go w ten sam okres (lata 1878/79), znacząco jednak modyfikując historię.

Rzeczywistość „Alkaloidu” została zdeterminowana przez odkrycie Alki – substancji, którą Wokulski przypadkiem pozyskał w procesie chemicznej ekstrakcji z bulwy buszmana. Działanie po zażyciu narkotyku (doustnie w postaci zawiesiny olejowej bądź jako wyciąg alkoholowy do nerwu wzrokowego) różni się, w zależności od genetycznych uwarunkowań biorcy. Najbardziej pożądanym efektem jest Surż, który powoduje zniesienie czasoprzestrzennej struktury poznania. Dany osobnik może wzmocnić swoje umiejętności, bądź zyskać całkiem nowe, takie jak chociażby przemiana czasoprzesttrzeni. Można jednak zażycie Alki także ciężko odchorować, czy wręcz od tego zginąć.

Odkrycie Alki stało się czynnikiem, który zatrzymał rozwój przemysłowy, jaki znamy dzisiaj. Maszyny nie zastąpiły wybitnych jednostek, gdyż te – odpowiednio stymulowane narkotykiem – dosięgły możliwości ponadludzkich. Sęk w tym, iż świat wciąż obraca się wokół tradycyjnych problemów, napędzanych pieniędzmi – nieco zmienił się tylko rozkład sił (potęgą stało się Imperium Zuluskie). Toczące się konflikty przybrały jeszcze większą skalę, nie ograniczoną przez zwykłą fizykę (co widać zwłaszcza na poziomie fizyki kęsowej, która kładzie nacisk na struktury czasoprzestrzenne, a nie zjawiska mikroświata).

Ogromny rozmach konstrukcyjny utworu przetykany jest szybkimi scenami walk, rodem z klasycznych powieści sensacyjnych. Pozwala to na odciążenie fabuły – porzucając na moment wizje przyszłości świata, czytelnik pędzi za pieniądzem i władzą oraz próbuje uratować własne życie. Dzięki temu książka nie zmęczy nawet tych, którzy nieszczególnie lubią twarde s-f, wypełnione po brzegi nowinkami technologicznymi i alternatywnymi wizjami rzeczywistości.

Świat, wykreowany przez Głowackiego, zachwyca na swój sposób. Jest w nim tyle odmienności, tak dobrze przemyślanych i z rozmachem zakreślonych, że początkowo zagubiony czytelnik szybko wdraża się w realia alkaloidowej przestrzeni. Ta książka jest zdecydowanie za krótka na to, by udźwignąć ciężar gatunkowy chempunku, jak autor sam nazwał fantastykę, zdominowaną przez substancję chemiczną. Widać w niej ogrom pomysłów, które mogłyby wyczerpać jeszcze setki stron. Fakt, że Głowacki tego nie robi, pozostawia czytelnikowi całą twórczą robotę – i bardzo dobrze, że tak się dzieje. Wraz z bohaterami powieści dostępujemy szalonego Surżu, którego część z nas ciężko odchoruje. Ci jednak, którzy przetrwają, zyskają nowe, potężne doświadczenie czytelnicze.

Dziękujemy wyd. Powergraph za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja