Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wskrzeszeni przez indiańską magię – recenzja filmu „Smętarz dla zwierzaków”

Wśród ekranizacji prozy Stephena Kinga nie brakuje takich, które na stałe zagościły wśród najlepszych filmów w historii (by wspomnieć tylko „Lśnienie” Stanley’a Kubricka), ale powstało sporo takich, o których zapewne sam King wolałby nie pamiętać. Można powiedzieć, że w przypadku „Smętarza dla zwierzaków” pisarz częściowo sam wziął sprawy w swoje ręce, gdyż sam sporządził scenariusz do filmu. Współpraca z uzdolnioną reżyserką, Mary Lambert, zaowocowała wartościowym, przerażającym horrorem, nie bez powodu uznawanym dziś za jedną z najlepszych filmowych adaptacji dzieł mistrza.

„Smętarz dla zwierzaków” opowiada o młodym małżeństwie, które wraz z dwójką dzieci wprowadziło się do nowego domu, w niewielkiej wiosce w stanie Maine. Okolica jest urokliwa, a sąsiedzi życzliwi i sympatyczni. Problemem jest jedynie ruchliwa, uczęszczana przez ciężarówki droga, biegnąca w bezpośrednim pobliżu nowego domostwa. Kiedy pod kołami samochodu ginie kot należący do córeczki państwa Creedów, ojciec, za namową sąsiada, postanawia pochować go tuż za leżącym nieopodal cmentarzem dla zwierząt – w miejscu, gdzie znajdowało się niegdyś indiańskie cmentarzysko. Po niedługim czasie pupil wraca do domu, ale całkowicie odmieniony – dziki, agresywny i demoniczny. Kiedy wskutek nieszczęśliwego wypadku pod kołami ciężarówki ginie ukochany synek państwa Creedów, jego ojciec jest zdeterminowany, by przywrócić mu życie w podobny sposób. Nie spodziewa się, że igranie z pradawną indiańską magią może przynieść tragiczne rezultaty.

Każdy, kto ceni sobie dobrze zrealizowane, nastrojowe i trzymające w napięciu filmy grozy, w „Smętarzu dla zwierzaków” z pewnością wszystko to odnajdzie. Atmosfera zagęszcza się już od pierwszych minut, kiedy to widz zostaje zaznajomiony z historią tytułowego cmentarza, a także magią, skrywaną w dawnej indiańskiej nekropolii. Rozwój fabuły nie pozostawia nic do życzenia, z każdą sceną robi się coraz ciekawiej, a klimat zagrożenia nie opuszcza widza już ani na moment. Pewne wątki obecne w książce zostały w filmie pominięte bądź uproszczone, ale trudno, by było inaczej, zważywszy na ograniczony czas projekcji. Film Mary Lambert momentami autentycznie straszy. Wprawdzie trudno się spodziewać, by podczas seansu jakikolwiek widz ucierpiał na skutek palpitacji serca, jednak nie brakuje scen, potrafiących zjeżyć włos na głowie odbiorcy. Tak jest chociażby w przypadku nocnego spaceru Louisa razem z duchem zmarłego pacjenta, awantury podczas pogrzebu czy przy okazji retrospekcji Rachel, w której wspomina swoją ciężko chorą siostrę.

Na szczególną uwagę w „Smętarzu dla zwierzaków” zasługuje charakteryzacja bohaterów. Odpowiedzialne za nią osoby wykonały kawał solidnej roboty, o czym najlepiej przekonać się, oglądając maszerującą w krótkich sportowych spodenkach, zakrwawioną zjawę młodego mężczyzny, bądź wspomnianą powyżej Zeldę, nieuleczalnie chorą dziewczynę, każdego dnia cierpiącą katusze z powodu swojej przypadłości, a mającą aparycję monstrum z sennego koszmaru. Film został także świetnie zagrany. Dale Midkiff w roli Louisa Creeda spisał się bez zarzutu, a jeszcze lepsze wrażenie robi Denise Crosby, wcielająca się w jego małżonkę. Wybitnie natomiast zaprezentowali się odtwórcy ról dziecięcych. Blaze Berdahl z przekonaniem zagrała dziesięcioletnią Ellie, natomiast Miko Hughes, któremu w udziale przypadła rola małego Gage’a, wzniósł się na wyżyny aktorstwa. W kulminacyjnych scenach na jego twarzy malowała się taka furia i pasja, że aż trudno dać wiarę, by zaledwie kilkuletni chłopiec zdołał tak fantastycznie odegrać poszczególne emocje. Nic dziwnego, że rola w „Smętarzu dla zwierzaków” stanowiła dla niego furtkę do dalszej aktorskiej kariery. Wreszcie, w ramach ciekawostki warto dodać, iż w skład obsady wszedł sam Stephen King, wcielając się w księdza prowadzącego pogrzebową ceremonię.

„Smętarz dla zwierzaków” to film, po który sięgnąć powinni wszyscy fani dzieł Kinga, gdyż jest to jedna z najbardziej udanych i zapadających w pamięć ekranizacji jego prozy. Bardzo popularna w dobie wypożyczalni kaset VHS, dziś zdaje się być nieco zapomniana. Warto na własnej skórze przekonać się, że niesłusznie.

Ocena: 4/5

Dyskusja