Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Komuna w kolorze – recenzja komiksu „Marzi. Hałasy Dużych Miast”

O kryzysie i upadku komunizmu w Polsce napisano już wiele książek i komiksów, jednak znalezienie wśród nich takich pozycji, które nie wpisują się w ciągle żywe ideologiczne i historyczne spory, są zrozumiałe zarówno dla starszych, jak i młodszych odbiorców, a jednocześnie ich lektura jest w stanie przysporzyć relaksującej rozrywki, nie jest wcale łatwym zadaniem. Powyższe kryteria doskonale spełnia jednak „Marzi”. Autobiograficzny komiks autorstwa Marzeny Sowy, zilustrowany przez francuskiego rysownika Sylvaina Savoię, to znakomita propozycja dla każdego, kto chciałby przenieść się w pasjonującą i burzliwą, ale i pełną sentymentów podróż do Polski z czasów poprzedniego ustroju.

„Hałasy dużych miast” to już drugi tom przygód Marzi wydany w naszym kraju. Należy bowiem przypomnieć, że autorka aktualnie mieszka i tworzy w Belgii oraz Francji, stąd jej dzieła docierają do Polski z pewnym opóźnieniem, i w nieznacznie zmodyfikowanej formie. O ile na zachodzie cykl „Marzi” składa się z sześciu części, o tyle nad Wisłą zdecydowano się zawrzeć całą historię w trzech tomach. Na opisywane tutaj „Hałasy dużych miast” składają się francuskie wydania odsłon „Rezystor” oraz „Le Bruit des Villes”.

Forma komiksu nie uległa większym zmianom względem poprzedniej części. Na całość składa się kilkanaście krótszych bądź dłuższych historii, w których poznajemy epizody z życia Marzi. Są one ze sobą bardzo luźno powiązane, choć został zachowany porządek chronologiczny. Czytelnicy, którzy mieli w ręku „Dzieci i ryby głosu nie mają” z pewnością doskonale pamiętają, iż jednym z poruszanych przez główną bohaterkę wydarzeń był stan wojenny. W „Hałasach dużych miast” Marzi relacjonuje zdarzenia późniejsze niekiedy nawet o kilka lat, by wspomnieć chociażby o strajkach w Hucie Stalowa Wola czy słynnej debacie telewizyjnej pomiędzy Alfredem Miodowiczem a Lechem Wałęsą, poprzedzającą obrady Okrągłego Stołu.

Popełniłby jednak błąd ten, kto byłby gotów zaszufladkować „Marzi” na równi z typowymi, coraz częściej wydawanymi na naszym rynku komiksami historycznymi. Historyczny kontekst jest w przypadku omawianej pozycji, oczywiście, bardzo istotny, jednak pozostaje on jedynie ważnym tłem dla przygód Marzi, której życie nie różni się w sposób znaczący od życia wielu innych dziewczynek dorastających w okresie schyłku komunizmu w Polsce. I tak, poza przejmującymi i wzruszającymi historiami koncentrującymi się na przedłużających się strajkach i negocjacjach z władzą, w których uczestniczy ojciec bohaterki, bądź też odkryciu prawdy o zbrodni katyńskiej, Marzi opowiada także o perypetiach z koleżankami, o przebiegu szkolnych lekcji baletu i przebiegu zajęć zwanych gimnastyką korekcyjną, a także o licznych przygodach na wsi, dokąd mała Marzi udaje się, by odwiedzić krewnych. Marzena Sowa opowiada je prostym, przyjemnym językiem, jakby żywcem wyjętym z ust kilkuletniej bohaterki. Wszystko to udekorowane zostało błyskotliwym dowcipem i podane w lekko sentymentalnej oprawie.

O

prawa wizualna komiksu nie uległa zmianom względem pierwszego tomu. W dalszym ciągu jest ona dziełem Sylvaina Savoi, który doskonale poradził sobie ze zilustrowaniem przygód Marzi. Podobnie jak poprzednim razem, na każdą kartkę przypada sześć równej wielkości kadrów. Dominują żywe, optymistyczne barwy, choć w zależności od nastroju omawianej akurat opowieści bywa, że kolory stają się dużo bardziej ponure. Kreskę Savoi cechuje też duża dbałość o detale, rysownik nie stroni ponadto od stosowania prostych efektów wizualnych. Bardzo dobre wrażenie robi również ilustrowanie samej Marzi – ogromne, niebieskie oczy i marchewkowo – rude włosy dziewczynki to te elementy, dzięki którym postać wybija się na pierwszy plan niemal we wszystkich kadrach.

W porównaniu do poprzedniego tomu zmianom nie uległa także jakość wydania komiksu. Wydawnictwo Egmont kolejny raz stanęło na wysokości zadania, czego efektem jest blisko stustronicowy, oprawiony w twardą okładkę komiks o wygodnym, nieco większym niż A5, formacie. Okładkę – podobnie jak ostatnim razem – zdobi sylwetka głównej bohaterki, tym razem nie na tle uzbrojonych milicjantów, lecz wiejskiego krajobrazu. Za wszystko to wydawca każe sobie płacić niespełna czterdzieści złotych, co nie jest kwotą zbyt wygórowaną, jeśli wziąć pod uwagę artystyczną wartość komiksu.

Przygody małej Marzi dotarły do czytelników na całym świecie, zbierając liczne pochlebne recenzje w tematycznej prasie i portalach. Jeśli ktoś nadal zastanawia się jak to możliwe, że sympatycy komiksu odległych zakątków globu, jak Chiny, Stany Zjednoczone czy Korea Południowa, tak chętnie czytają o realiach panujących w Polsce w ostatniej dekadzie komunizmu, powinien czym prędzej po „Marzi” sięgnąć i przekonać się o tym samodzielnie. Lektura rozwieje wszelkie wątpliwości.

Dyskusja