Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Epickie pożegnanie z Batmanem – recenzja filmu „Mroczny Rycerz Powstaje”

Bieżący rok jest nadzwyczaj owocny, jeśli wziąć pod uwagę liczbę pojawiających się w kinach udanych ekranizacji komiksów o amerykańskich superherosach. Zaczęło się od rewelacyjnego „Avengers” Jossa Whedona. Niespełna dwa miesiące później box office zdobywał „Niesamowity Spider-Man” Marca Webba, który również zaskarbił sobie uznanie krytyki. Jednak wielu miłośników komiksu z największą niecierpliwością oczekiwało trzeciej, ostatniej już części trylogii o Batmanie w reżyserii Christophera Nolana. Cztery lata cierpliwości zostały im jednak w pełni wynagrodzone. „Mroczny Rycerz Powstaje” stanowi godne uwieńczenie tej fantastycznej serii.

Akcja filmu toczy się osiem lat po wydarzeniach z poprzedniej części. Bruce Wayne pozostawał w tym czasie w swojej rezydencji, prowadząc żywot samotnika. Batman, niegdyś uznawany za bohatera, został okrzyknięty mordercą i zdrajcą, stając się najbardziej poszukiwanym przestępcą w Gotham. Jednak miasto, w którym dzięki ustawie Harvey’a Denta szczęśliwie udało się ograniczyć przestępczość, staje w obliczu kolejnego zagrożenia. Dzięki znajomości z przebiegłą kocią włamywaczką, Wayne wpada na trop Bane’a, groźnego terrorysty mającego powiązania z Ligą Cieni, który w kanałach pod miastem przygotowuje armię mającą zaprowadzić rewolucję na ulicach Gotham i zniszczyć obecny porządek. Tragedia wisi na włosku, a w obliczu największego niebezpieczeństwa, przed jakim Gotham kiedykolwiek stało, Bruce Wayne decyduje się po raz kolejny włożyć kostium Batmana.

„Mroczny Rycerz Powstaje” nie zawiedzie nawet najbardziej wymagających fanów Batmana. Najnowszy film Nolana posiada bowiem wszystko to, co decydowało o wartości poprzednich dwóch odsłon i utrzymuje ich wysoki poziom. Scenarzyści, którzy mieli podwójnie trudne zadanie: w jednym filmie zaprezentować widzom nową, wciągającą historię, a jednocześnie zakończyć sagę i uwieńczyć wątki otwarte we wcześniejszych częściach, wyszli z tego obronną ręką. Fabuła ostatniej części przygód Batmana w interpretacji Christophera Nolana jest porywająca, scenariusz pozbawiony dziur bądź przestojów, a zapierające dech zmagania superbohatera z wrogami Gotham, trwają jeszcze dłużej niż dotychczas, gdyż czas projekcji wynosi niemal trzy godziny.

Narracja w „Mroczny Rycerz Powstaje” jest niespieszna, widza wprowadza się w historię bez zbędnych fajerwerków w postaci mocnego początku. Zamiast tego dane jest mu obserwować, jak Wayne podnosi się z dołka, w którym znalazł się po wydarzeniach z poprzedniej części, jak stopniowo – choć nie bez impulsu w postaci poczynań nowego wroga – wraca do życia, jakie prowadził przed ośmioma laty. Dopiero kluczowa, zdecydowanie najlepsza w całym filmie scena na stadionie, w której Bane wraz ze swoją świtą brutalnie obwieszcza mieszkańcom zaprowadzenie nowych porządków w mieście, przynosi zmianę tempa. Odtąd akcja jest wartka i pełna nieoczekiwanych zwrotów, a na chwilę wytchnienia trzeba czekać aż do pojawienia się końcowych napisów.

Każdy miłośnik Batmana z pewnością doskonale pamięta oscarową rolę Heatha Ledgera z „Mrocznego Rycerza”, kiedy to fenomenalnie wcielił się w Jokera. Także w ostatniej części nolanowskiej trylogii czarny charakter jest jedną z najbardziej wyrazistych postaci. Bane, w którego wcielił się Tom Hardy, jest postacią niezwykle charyzmatyczną i budzącą trwogę. W przeciwieństwie do wspomnianego Jokera, którego pamiętamy jako bezwzględnego i nieobliczalnego psychopatę, Bane jest wyrachowanym, fanatycznym rewolucjonistą, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel, nawet gdyby miało to oznaczać fizyczną zagładę całego Gotham. Nie sposób należycie ocenić grę Hardy’ego, gdyż niemal w każdej scenie występuje on z potworną maską na twarzy, a głos Bane’a – głęboki, złowieszczy i przyprawiający o ciarki na plecach – został celowo zniekształcony. Tym niemniej, odgrywany przez niego bohater to jedna z najmocniejszych stron opisywanej produkcji.

Obrazek

Wśród nowych postaci jest także Selina Kyle (Kobieta-Kot), w którą to bohaterkę wcieliła się Anne Hathaway. Jej gra jest zjawiskowa. Mimika, głos oraz iście kocia gracja, z jaką porusza się przed kamerą, w połączeniu z nieprzeciętną urodą tej aktorki sprawiają, że ilekroć pojawia się na ekranie, absorbuje uwagę widza w większym stopniu, niż jakikolwiek inny członek obsady.

Trudno jednak mieć jakiekolwiek zarzuty wobec starych znajomych z poprzednich części. Christian Bale po raz kolejny dowodzi swojego nietuzinkowego aktorskiego talentu, świetnie dźwigając ciężar tytułowej roli. Fantastycznie spisali się także Morgan Freeman i Gary Oldman, których nazwiska mówią w końcu same za siebie. Niestety, pośród wszystkich aktorów, którzy stanęli na wysokości zadania, znalazła się czarna owca. Jest nią Marion Cottilard, laureatka Oscara z 2008 roku w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa, za film „Niczego nie żałuję – Edith Piaf”. Niestety, na planie „Mroczny Rycerz Powstaje” znacząco odstawała od reszty obsady. Fatalnie odegrana scena, w której grana przez nią Miranda Tate po raz ostatni ukazuje się w filmie Nolana oczom widzów, stanowi przygnębiające ukoronowanie jednego z najsłabszych występów w jej karierze.

Od strony wizualnej najnowsze dzieło Christophera Nolana prezentuje się wyśmienicie. Wszelkie jej aspekty, począwszy od świetnych zdjęć Wally’ego Pfistera, poprzez aparycję bohaterów (strój Batmana czy Bane’a, charakteryzacja postaci), a skończywszy na spektakularnych efektach specjalnych, stanowią godną oprawę dla tej epickiej historii. Sceny, w których tytułowy bohater porusza się po Gotham swoim nowym wehikułem czy też apokaliptyczne obrazy towarzyszące przejęciu władzy w Gotham przez jego głównego przeciwnika, zapierają dech w piersiach. Całości dopełnia zaś muzyka autorstwa doskonale znanego Hansa Zimmera. Nie ma wątpliwości, iż zasłyszawszy wykorzystane w „Mrocznym Rycerzu…” kompozycje, niejeden widz skusi się na zakup ścieżki dźwiękowej z muzyką do tego filmu.

Warto także zaznaczyć, iż wieńczący trylogię film Nolana posiada pewien zauważalny, polityczny wydźwięk, który jest trudny do przeoczenia dla kogokolwiek, kto interesuje się bieżącą sytuację na świecie. Bane to fanatyczny rewolucjonista, pragnący zburzyć dotychczasowy ład i na jego zgliszczach stworzyć nowy porządek. Głosi przy tym populistyczne hasła – ukaranie kapitalistów wyzyskujących prostych ludzi, oddanie ich majętności w ręce „ludu”, dotychczasową policję i inne służby mundurowe usiłuje bezskutecznie przysposobić do nowej rzeczywistości, a na opornych czekają szybko powołane pseudosądy, serwujące na lewo i prawo wyrokami śmierci. Paradoks tkwi w tym, iż nowe bożyszcze „ludu”, zanim doprowadziło do rewolucji, wcale nie pytało wspomniany „lud” o zdanie. Batman jest tym, który ma nie dopuścić, by zdobycze tej rewolty utrwaliły się i pociągnęły Gotham do katastrofy. „Mroczny Rycerz Powstaje” ma więc dostrzegalne, antyrewolucyjne przesłanie. Szkoda tylko, że wątek ten nie znalazł rozwinięcia w kulminacyjnych scenach filmu.

Mimo kilku ledwie zauważalnych niedociągnięć, „Mroczny Rycerz Powstaje” to fantastyczne uwieńczenie trylogii o Batmanie. Christopher Nolan stanął na wysokości zadania i zaprezentował film, o którym długo jeszcze nie zapomnimy, i który niechybnie zapisze się trwałą kartą w historii kinematografii. Fanom Batmana nie pozostaje więc teraz nic innego, jak czekać na kolekcjonerskie wydanie całej serii, ze wszystkimi trzema jej odsłonami w reżyserskich wersjach.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja