Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantasy dla każdego – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 3/2012”

Gdy mówimy o fantasy, bardzo często myślimy o potworach czy bestiach. To bardzo proste, ale za to jakże celne skojarzenie. Dlatego też postać olbrzyma-minotaura zdobi kolejny, siedemnasty tom antologii „Fantasy Komiks”.

Bestia pochodzi z komiksu „Zmierzch Bogów”, obrazkowej adaptacji nordyckich legend, która od dłuższego czasu gości na łamach tego dwumiesięcznika. Trudno w niej wskazać jednoznacznie głównych bohaterów, ponieważ opowieść ta, podobnie jak w wikińskich podaniach, opowiada o wielu postaciach, często pochodzących z różnych pokoleń, części świata lub samych światów. W tym wypadku jest to, oczywiście, świat ludzi i świat bogów.
Przedstawicielem tego pierwszego jest Siegfrield, syn rodzeństwa, których to losy poznaliśmy w pierwszej części sagi. Mimo że jego rodzice tragicznie zmarli, młodzieniec został wychowany przez Nibelunga, zdołał pokonać Smoka i wydrzeć mu magiczny pierścień. Ten artefakt może okazać się zgubą dla świata Bogów. Ich przedstawiciel – Wotan (znany także pod imieniem Odyna) pożąda nade wszystko odzyskania tego artefaktu, jednak nie udaje mu się to. Niebezpieczna broń nadal pozostaje w ręku śmiertelnika. Może się ona okazać i zgubą, i wybawieniem dla świata nordyckich bóstw.

Tym razem jednak komiks nie skupia się na akcji, walkach czy zmaganiach. Raczej jak większość mitologicznych opowieść i antycznych dramatów skupia się na tematyce zakazanej miłości. Siegfield uratował i zakochał się w córce Wotana – Valkiri. Jak łatwo się domyślić, nic dobrego ze związku śmiertelnika i córki boga wyniknąć nie może.

Jeżeli chodzi o kwestię graficzną, nie można tu mieć nic do zarzucenia. W zasadzie o pracach Dijefa można wypowiadać się tyko pozytywnie. Chociaż rysunki są bardzo oszczędne i proste, to postacie wykreowano w sposób poprawny. Można jednak zakwestionować sposób nakładania barw. Mimo że na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, to po dokładnym przyjrzeniu się, zwłaszcza balansowi kolorów, można odnieść wrażenie, iż barwy nałożone są za pomocą zbyt rozwodnionego tuszu lub farbek, przez co całość kompozycji wydaje się nieco mdła. Dysonans ten widać zwłaszcza w tych kadrach, które ukazują panoramy, na przykład krajobrazy gór dalekiej północy.
Zdecydowanie lepiej ma się sprawa z grafikami w kontynuacji „Sloki”. Zgadza się! Bardzo dobry cykl powołany do życia przez Godderidge’a powrócił na łamy „Fantasy komiksu”. I tu już na wstępie należy przyznać, że zarówno historia, jak i rysunki ją przedstawiające, stały się o wiele bardziej mroczne.

Nie ma co się dziwić. „Happy end” po uratowaniu planety, którego byliśmy świadkami pod koniec pierwszej serii, wcale nie okazał się szczęśliwy. Rozżalony po stracie ukochanej Sloka, zatracił się w alkoholu, staczając się na samo dno. Natomiast jego przyjaciel, Arn, też sięgnął dna. Przywiązany do wózka inwalidzkiego ma pretensje do całego świata. Mimo to ten oto świat znów ich potrzebuje; a dokładnie mocy Sloki, która wcale nie wygasła. Tylko czy wrak człowieka, jakim stał się główny bohater serii, będzie w stanie znów zagrać pierwsze skrzypce w tej opowieści?

Jak już wspominałem, rysunki serii wydają się o wiele bardziej dojrzałe niż poprzednio. Po zastąpieniu pierwotnego rysownika serii, czyli Flocha – sławnego współtwórcy świata Troy, przez początkującego rysownika nazwiskiem Ceylesa, mogłoby się wydawać, że będzie to zmiana na gorsze. Na szczęście, w nowej odsłonie komiksu jego prace wiele zyskały. Chociaż nadal komiksowe, nabrały zdecydowanie więcej wyrazu. Widać, że jego graficzny warsztat zdołał się bardzo rozwinąć od chwili debiutu.

Ostatnia szkoła rysownicza przedstawiona w tym numerze antologii, jest diametralnie inna. Chodzi tu mianowicie o pracę Gebeta, współtwórcy serii „Samuraj”. Jego prace charakteryzują się cienkim lineartem, sporą ilością drobnych, delikatnych pociągnięć piórka, co sprawia, że rysunki wydają się proste, jakby nie wyszły poza fazę szkicu. Ale wrażenie owo jest mylne. Ta technika ma na celu ukazać złudzenie ruchu i szybkości. I można śmiało stwierdzić, że ten zabieg jak zwykle się udał.

„Samuraj” to opowieść z dalekiego wschodu, o wojowniku, co zresztą sugeruje sam tytuł. Jak łatwo się więc domyślić, skoro to historia o wojowniku, to możemy liczyć na dużo akcji i spektakularnych walk. I to właśnie otrzymujemy. Druga część kontynuacji „Samuraja” spycha na dalszy plan główny wątek tej opowieści: poszukiwania przez Takeo swojego brata. Na pierwszy plan wychodzi jego walka w obronie pewnej wioski; aby ocalić jej mieszkańców, bohater musi wygrać serie szermierczych pojedynków. Wyeksponowanie tej przygody nie oznacza jednak, że historia ta niewiele wnosi do głównego nurtu komiksu. Ta część jest raczej udaną próbą wtrącenia wątków pobocznych, aby udowodnić, że scenariusz „Samuraja” nie jest liniowy i jednotorowy.

Teraz należy sobie zadać pytanie: czy w „Fantasy Komiks” są publikowane komiksy słabe?. Odpowiedzi można udzielić na podstawie wszystkich siedemnastu tomów, jak i tego jednego konkretnego numeru. Brzmi ona: Nie! Żaden z prezentowanych w nim tytułów ani razu nie okazał się niegodny publikacji. Po prostu jedne mogą trafić w takie, a nie inne gusta danej grupy odbiorców. Tak jest i tym razem; każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie.

Dyskusja