Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Krwawe pożegnanie z oprawczynią – recenzja filmu „Elza – Nikczemna strażniczka”

Jesus Franco to ikona erotycznego kina grozy. Na przestrzeni swojej długiej kariery hiszpański reżyser nakręcił niezliczoną ilość tego rodzaju filmów. Z kolei Dyanne Thorne to ikona filmów eksploatacji, doskonale znana miłośnikom tego typu obrazów z roli bestialskiej oprawczyni Elzy. Można by przypuszczać, że współpraca obu tych legend na planie filmowym musi zaowocować dziełem, które przejdzie do historii gatunku. Niestety, to co piękne w teorii, nie zawsze znajduje przełożenie na praktykę. „Elza – Nikczemna Strażniczka”, w reżyserii Franco i z Thorne w tytułowej roli, stanowi dobre, aczkolwiek nieco rozczarowujące ukoronowanie cyklu.

Tym razem Elzę poznajemy jako nadzorczynię działającego w bliżej nieokreślonym rejonie Ameryki Południowej kobiecego szpitala psychiatrycznego. Jak nietrudno się domyślić, jego pacjentki cierpią z powodu nieludzkiego traktowania przez pracowników placówki. Poddawane są nieustannym upokorzeniom i różnorakim chorym eksperymentom. Kiedy jedna z nich, nie mogąc dłużej znieść katuszy, podejmuje próbę ucieczki, jej siostra, Abbie Philips, decyduje się przeniknąć do szpitala w charakterze kolejnej zwyczajnej pacjentki, by samodzielnie przekonać się o okropieństwach odbywających się w obrębie jego murów. Tymczasem przebywające w szpitalu kobiety mają dość bestialskich fantazji swojej oprawczyni i postanawiają stawić opór…

Pierwotnie bohaterka filmu Franco wcale nie miała być kolejnym wcieleniem Elzy. Wskazywałby na to niemiecki tytuł filmu (a przecież mówimy o koprodukcji Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i RFN), brzmiący „Greta – Haus ohne Manner”, czy jego angielski odpowiednik: „Greta – The Mad Butcher”. Tymczasem tę samą produkcję możemy spotkać także pod tytułem „Ilsa – The Wicked Warden”, zaś na język polski przetłumaczono go jako „Elza – Nikczemna Strażniczka”. I faktycznie, jakkolwiek by nie nazwać głównej bohaterki, film Jesusa Franco w sposób znaczący różni się od wcześniejszych produkcji, w których Dyanne Thorne miała okazję wcielać się w seksowną panią komendant.

Każdy, kto pamięta Elzę jako Wilczycę SS, Syberyjską Tygrysicę, bądź też Strażniczkę Haremu, wie doskonale, że jedną z cech konstytuujących tę postać, była niezwykła kreatywność, jaką wykazywała przy zadawaniu cierpień swoim ofiarom. Jako Nikczemna Strażniczka, również wykazuje się nadzwyczajnym okrucieństwem, choć tym razem jest w tej materii częściowo wyręczana przez inną postać. Elza z dziką satysfakcją biczuje więźniarki, zamyka w izolatkach skrępowane łańcuchami, traktuje elektrowstrząsami, a gdy sytuacja tego wymaga – po prostu uśmierca, choćby poprzez uduszenie. Z kolei Juana, jedna z faworyzowanych przez Elzę pacjentek, znajduje satysfakcję w poniżaniu towarzyszek niedoli, każąc im wykonywać najbardziej upadlające czynności, co pozwala jej zachować bezwzględnie dominującą pozycję w grupie. Jednak pomimo że brutalności w „Nikczemnej Strażniczce” nie brakuje, to Jesusowi Franco zdecydowanie zabrakło kreatywności w wymyślaniu różnego rodzaju tortur, czego nie można było odmówić scenarzystom poprzednich części. Mamy tu zatem występującą w dużych ilościach przemoc, mamy hektolitry keczupowej posoki, ale scen, w których wyobraźnia twórców przyprawiałaby widza o dreszcze na plecach, praktycznie tu nie uświadczymy. Jedynym wyjątkiem jest świetnie zrealizowane krwawe zakończenie, w pewnym stopniu rekompensujące wspomniane braki.

Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z filmem w reżyserii Jesusa Franco, nie powinno dziwić, iż w „Nikczemnej Strażniczce” znalazło się mnóstwo scen, w których aktorki występują w negliżu. Łatwo zauważyć, iż reżyser zdecydowanie woli pokazywać odbiorcom kobiece ciało, aniżeli tortury i okrucieństwa. Liczne zbliżenia na miejsca intymne lub piersi bohaterek jedynie utwierdzają w tym przekonaniu. Męska część widowni zapewne nie będzie miała tego Franco za złe, zwłaszcza że przynajmniej kilka aktorek wchodzących w skład obsady odznacza się nieprzeciętną urodą. Jednak poza samym epatowaniem nagością, w filmie z Elzą w roli głównej nie mogło zabraknąć mocniejszej erotyki. Pojawiają się tu kontakty lesbijskie, coś dla siebie znajdą amatorzy dominacji, a scenę, w której Elza przyjmuje do swojej sypialni jednego z nielicznych mężczyzn odwiedzających szpital, zaliczyć można do najlepszych i najbardziej zmysłowych w całej serii.

Tradycyjnie dobrą partię odegrała Dyanne Thorne, która kolejny raz rewelacyjnie wcieliła się w tytułową bohaterkę. Można tylko żałować, że występ w „Nikczemnej Strażniczce” definitywnie zakończył jej przygodę z odgrywaniem tej postaci. W filmie Franco pojawiły się jednak inne aktorki, które wcale nie stanowią wyłącznie tła dla postaci granej przez Thorne. Wręcz przeciwnie, Lina Romay stworzyła bardzo udaną kreację, wcielając się w Juanę. Zadowolona ze swojego występu może być także Tania Busselier. Obie panie wykazały się niezłymi umiejętnościami aktorskimi, jak na osoby, w których filmowych CV widnieją niemal wyłącznie produkcje z pogranicza erotyki i pornografii. Co ciekawe, zgodnie ze swoim zwyczajem, członkiem obsady został także reżyser, Jesus Franco, który z kolei nieźle poradził sobie z rolą doktora Miltona Arcosa.

Każdy, kto mieni się fanem Elzy, po obejrzeniu dotychczasowych trzech odsłon jej przygód powinien naturalnie sięgnąć także po „Nikczemną Strażniczkę”. Koniec końców jest to kolejny dobry film z serii, nawet jeśli wyraźnie słabszy od dotychczasowych odsłon. Fani kina eksploatacji, którzy pokochali poprzednie filmy, zwłaszcza za charyzmatyczną bohaterkę oraz erotykę w interesującym wydaniu, także i tym razem się nie zawiodą. Ci jednak, którzy cenili sobie kreatywność twórców w przedstawianiu jeżących włos na plecach, okrutnych tortur i kaźni, po obejrzeniu „Nikczemnej strażniczki” niewątpliwie odczują niedosyt.

Ocena: 3/5

Dyskusja