Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Metro 2033: W Mrok – Fragment II

Przybłęda usadowił się w kącie i siedział w milczeniu. Z wdzięcznością przyjął zaproponowanego skręta, ale nie zapalił, tylko ostrożnie zawinął go w czystą szmatkę i schował do kieszeni kombinezonu roboczego. Pozostali tylko spojrzeli po sobie. No tak… Czego tu się spodziewać – przybłęda to przybłęda.

Przybłęda usadowił się w kącie i siedział w milczeniu. Z wdzięcznością przyjął zaproponowanego skręta, ale nie zapalił, tylko ostrożnie zawinął go w czystą szmatkę i schował do kieszeni kombinezonu roboczego. Pozostali tylko spojrzeli po sobie. No tak… Czego tu się spodziewać – przybłęda to przybłęda.

– A powiez nam, Afanasz – zagaił Bergin. – Po co tyle lasu? Tyzień temu po niego płynęliszmy. Dwa tygodnie – też płynęliszmy. Po co nam tyle tego?

– A jak myślisz? – Brygadier znacząco przeniósł wzrok na przybłędę. – Z czego byś chciał stawiać domy dla nowych mieszkańców?

– Po co im domy? – Szwed uśmiechnął się pod wąsem. – Szystko im jedno… i tak siedzą w piwnicach jak szszury…

Uchodźca ani drgnął. Patrzył pod nogi i milczał.

– Delikatniej, Bergin – usadził Szweda dziadek Afanas. – Ludziom tak się dostało, że wcale im nie do śmiechu. Ciekawe, jak ty byś wyglądał po tylu latach pod ziemią. Bez światła, normalnego jedzenia. I do tego jakaś hołota rwie się, żeby zjeść cię na obiad…

– Bo oni nie walszą! Zwierza czeba… burn… ogień, paliś! A ci zakopali się w ziemi. Przesież człowiek to nie robak!.. – Bergin zerknął na przybłędę z widocznym lekceważeniem. – A ty w ogóle byłeś kiedyś na powierzchni?

Uchodźca podniósł głowę. Popatrzył na Szweda pustym wzrokiem i cicho, jakby niechętnie, odpowiedział:

– Tak.

– So „tak”?

– Zdarzyło mi się.

– No i? – Szwed skrzywił się, niezadowolony z tego, że trzeba było wyciągać z rozmówcy każde słowo.

W oczach przybłędy pojawił się strach. Cały się skulił, objął kolana rękoma i znów wbił wzrok w podłogę.

– Poszliśmy wtedy w siedmiu. Po drewno… Pięciu naszych pożarły mutanty. Farciarza taszczyłem na plecach na stację. Szybko go pokaleczyły. Krew się lała strumieniem… Pamiętam, że krzyczał, bardzo krzyczał. Prosił, żeby go dobić. Nie posłuchałem. Doniosłem go. Farciarz przeleżał dobę w malignie, potem umarł. A nazajutrz wylazło z niego jakieś świństwo… żywe. Okazało się, że terkotnik złożył w nim swoje larwy… I tak jego życie dobiegło kresu. Jak nożem uciął.

Szwed znieruchomiał ze skrętem w zębach, spoglądając w osłupieniu na wątłego nowicjusza, póki żarzący się niedopałek nie osmalił mu wąsów. Bergin drgnął, wypluł peta i poklepał uchodźcę po plecach:

– Ty… tego… nie obraszaj się, bracie. Za duszo gadałem. Nie miałem… nie chczałem źle.

Przybłęda zgarbił się, pokiwał głową i wymamrotał półgłosem:

– Czy to coś złego? Będę wdzięczny do grobowej deski, jeśli mnie zostawicie. Jestem wytrzymały. Będę pracować, będę pracować za wszystkich! Zawsze to lepiej niż pod ziemią. Ja nie chcę wracać do metra. Tam w koło tylko śmierć. Głód. Nie chcę. Nie chcę…

– W posządku, bracie, w posządku! – Bergin wyraźnie się zmieszał, nie wiedząc, jak zatrzeć niezręczną sytuację. – Niedługo dopłyniemy do bziegu, potem… come back i oblejemy twoje nowe mieszkanie. Mamy na wyspie domowe piwo, bardzo good! Da szę życz!

Mechanicy ożywili się i z entuzjazmem pokiwali głowami. Dyskusja płynnie przeszła na spokojniejsze tory – omówienie zalet miejscowych barów, których na Moszcznym było nie mniej niż dziesięć. Uchodźca też się uspokoił i zaczął się nawet uśmiechać, zachęcany obietnicami beztroskiego życia i dostatku. Wśród powszechnego zapału nikt nie zwrócił uwagi na błyski kłująco jasnego światła, które przeniknęło do kabiny przez szczeliny w drzwiach. Dziwne lśnienie wystarczyło, by kabina i znajdujące się w niej przedmioty na parę sekund przybrały nierealny trupio siny odcień. I dopiero, kiedy metalowe drzwi otworzyły się z łoskotem, podnieceni rozmową remontowcy dostrzegli, jak po trapie z dzikim wrzaskiem zsunął się Pietro. Cudem nie skręciwszy karku na schodkach, chłopak padł na podłogę, zakrywając dłońmi oczy i przerażająco wyjąc.

Wybuchło zamieszanie. Ktoś przyskoczył do biedaka, starając się oderwać mu ręce od twarzy. Inni rzucili się do wyjścia, aby wyjaśnić naturę krótkiego rozbłysku.

– Ależ on oślepł! – rozległ się czyjś przestraszony głos. – Siatkówkę chłopakowi wypaliło!

Szwedowi wystarczył moment, by wbiec po trapie. Jako pierwszy wychwycił miarowy, narastający huk dochodzący gdzieś spoza platformy. Z jakiegoś powodu strasznie rozbolały go zęby. Jeszcze ułamek sekundy – i groźny dźwięk przeszedł w ryk, wypełniając sobą całą przestrzeń wokół, zbijając z tropu, dezorientując.

– Herre Jesus! – krzyknął mechanik, znieruchomiały w drzwiach.

Oczom Szweda ukazał się widok niepoddający się interpretacji, porażający swoimi rozmiarami. Ukochana do bólu sylwetka wyspy ze wszystkimi swoimi zabudowaniami, skalistymi brzegami, zielenią alei i wieżami stanowisk obronnych zniknęła bez śladu. Na jej miejscu, wznosząc się na tle bezkresnego, zasnutego krwawą purpurą nieba, błyskawicznie rósł grzyb wybuchu nuklearnego. Przez kilka strasznych chwil mechanik patrzył w odrętwieniu, jak potworny ognisty kleks nabrzmiewa i rozlewa się po nieboskłonie. Potem pokład pod stopami zadrżał, zaczął się chwiać. Nieznana siła cisnęła Bergina na ziemię, wtłaczając jego plecy w kanał wentylacyjny.

W Babel trafiła słabnąca już fala uderzeniowa. Pod naporem wściekłej masy powietrza ze starej platformy, niczym łupiny, zmiotło drewniane chatynki. Nieszczęśników, którzy znajdowali się na zewnętrznych pokładach, zdmuchnęły do wody porywy huraganowego wiatru. Po burtach Babla przetoczyło się głośne bębnienie – rozżarzony żwir i odłamki pokruszonych skał spadły na zmurszałą konstrukcję kamiennym deszczem.

W ślad za nim, jakby testując wytrzymałość zbudowanego przez ludzi giganta, w wysoką burtę wściekle uderzyły tony wzburzonej wody. Metalowe kratownice zgrzytały ostrzegawczo, nadgryzione zębem czasu żelazne grodzie wibrowały, a płyty poszycia zrywały się z przerdzewiałych nitów i zabierało je morze. Na zakończenie cały kadłub drgnął i platforma wiertnicza powoli przetoczyła się przez grzbiet fali, pozostawiając za sobą ogon z kawałków rozerwanego brezentu, połamanych desek i ludzkich ciał.

Dyskusja