Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Próbować pisać jak Lovecraft – recenzja książki „Cienie spoza czasu”

Ani nazwisko Kinga, ani nawet Poe czy jakiegokolwiek innego pisarza grozy, nie wzbudza takich emocji jak imię Howarda Philipsa Lovecrafta. Pisarz od prawie wieku fascynuje i oczarowuje nie tylko czytelników, ale i innych „kolegów po piórze”. Ci, zafascynowani jego dziełami, pragną stać się elementem świata wymyślonego przez Samotnika z Providance i osadzają akcję swoich historii w tychże realiach. Wielu się to udało (np. Howardowi) i ich dzieła na równi z twórcą budują świat Mitów Cthulhu.

Raz za razem wydawana więc jest antologia, będąca hołdem dla Lovecrafta i jego twórczości. „Cienie spoza czasu” to właśnie jedna z nich. I tu od razu nasuwa się bardzo trafny cytat z tejże książki: „Można grać jak Louis Amstrong, albo grać jak nie-Amstrong (czyli stanowić przeciwieństwo jego stylu), albo być gdzieś pomiędzy”. Autor tych słów – Mort Castle, napisał tak samo o Lovecrafcie, jako o autorze tworzącym w klimacie grozy: można być takim jak on, jego zaprzeczeniem, albo być gdzieś pomiędzy. I przykłady każdego ze stylów otrzymamy w tym zbiorze.

Jako przykłady opowiadań należących do przedziału: „pisać tak jak Lovecraft”, można podać kilka tytułów. Do najlepszych należy tu zaklasyfikować „Pustkowia”, Paula E. Wilsona. Autor przedstawia nam swych bohaterów: Kathleen, pochodzącą z gór kobietę, która zrobiła karierę w wielkim mieście, i jej byłego chłopaka, Jona – ekscentrycznego miłośnika rzeczy niezwykłych. Rzuca ich w leśne ostępy, do niezbadanych rejonów Ameryki Północnej. Takich białych plam na mapie jest jeszcze sporo i nie wiadomo, co tam czeka nieostrożnych badaczy, zdających zbyt wiele pytań. Mimo to Jon nalega na tę z pozoru niewinną wyprawę.

Wilson buduje napięcie stopniowo i powoli. Nie oznacza to jednak, że fabuła jest nudna albo nieciekawa. Po prostu sygnały grożącego niebezpieczeństwa, docierające do bohaterów, a co za tym idzie i do czytelnika, są bardzo subtelne. Do tego stopnia, że można je zignorować. A w pewnej chwili na odwrót będzie już za późno. W grę wchodzą tu bowiem tajemnice, pradawne ludy oraz zakazane księgi.

Co prawda, jest kilka drobiazgów, które dla polskiego czytelnika mogą się wydań niezrozumiałe: jak nazwy własne czy swoiste porównania, potocznie używane w USA. Jest ich jednak stosunkowo niewiele, i wszystkie znajdziemy wytłumaczone w przypisach.

Innym dobrym naśladowcą klimatu nadanego przez twórcę Cthulhu jest wspomniany Mort Castle. W „Sekrecie noszonym w sercu” akcja została zepchnięta na dalszy plan, ustępując miejsca wspomnieniom narratora. W podobny sposób zostały przedstawione bardzo dobre historie opowiadania Lovecrafta, takie jak „Zimno” czy „Księga”. Podmiot liryczny cofa się do momentu zawiązania akcji i krok po kroku odkrywa przed nami swoje przerażające tajemnice.

Co najlepsze dla obu opowiadań, nie nawiązują do Mitologii Cthulhu w sposób jawny, żeby nie powiedzieć przesadny. Owszem, istnieją luźne sugestie jakoby te wydarzenia miały miejsce w tym samym uniwersum co np. „Kolor z Przestworzy”.

Najsłabsze pozycje z tego zbioru czynią wręcz odwrotnie. W bardzo nachalny sposób starają się nawiązać do twórczości Samotnika z Providance, co rusz używając (często niepotrzebnie) nazw własnych czy specyficznych terminów. Na dłuższą metę jest to bardzo męczące.

Do tego typu opowiadań można zaliczyć „Pierwiastek zła” pióra Edwarda Lee. Wulgarne, żeby nie powiedzieć obleśne sytuacje i opisy, nijak mają się do twórczości Lovecrafta. Pisarz ten unikał, wręcz stronił od jakichkolwiek nawiązań do seksu, a tutaj mamy ich aż nadto. Ale nawet nie to jest największym minusem tego tytułu.

Najgorszym okazuje się tu brak logiki w skonstruowanej fabule. W historii tej połączono dwie rzeczywistości: rok 2000 i końcówkę wieku XIX. Zapewne obie miały mieć jakiś spójnik, ale o tym autor zdał się zapomnieć. Jedyne, na czym za to się skupił, to opisy brutalności, makabry i stosunków płciowych.

Drugim autorem, który nie stroni od wulgarnych opisów, jest nie kto inny, jak twórca kultowego komiksu „Watchmen”- Alan Moore. I tu niestety, ze względu na znane i jakże uwielbiane przez miłośników s-f oraz komiksu nazwisko, spotyka nas niemałe rozczarowanie. Spodziewać się można wspaniałej intrygi, bluźnierczych tajemnic, a także doskonale uknutych spisków. W zamian dostajemy tylko sztampową opowiastkę o detektywie, który nie wiedział, w co się wplątuje, choć wiedzieli o tym wszyscy inni, a już na pewno czytelnicy, i to od samego początku. I tylko bohater, na przekór wszystkim omenom, pozostał nieświadom, aż do końca.

Cała reszta opowiadań to na przemiennie raz gorsze, raz lepsze tytuły. Dużym potencjałem wykazał się „Labirynt Cthulhu” i gdyby nie spłycenie fabuły do motywu ściganych i ścigających, tytuł ten miałby szanse przekształcić się w o wiele ciekawsze dzieło.

W „Grubej rybie” Kim Newman inspiruje się postacią Bogarta, jak i „Widmem nad Innsmouth”. Dokonał więc dość ciekawej, nade wszystko udanej syntezy dzieł Chandlera i Lovecrafta. Typowy dla obu twórców detektyw prowadzi śledztwo, które miało być błahe, a okazało się, jak zwykle… czymś nie z tego świata. Mimo że brzmi to banalnie, niczym u Alana Moora, autor zadbał o to, by urozmaicić swoje dzieło. Aby to osiągnąć, uciekł się do dość nietypowego dla gatunku grozy humoru i ironicznych komentarzy bohatera. Nie obyło się jednak bez minusów. Ponownie zostaliśmy zasypani cała masą nieznanych terminów i porównań do holywoodzich gwiazd kina lat czterdziestych. Ratują nas ponownie liczne przypisy, jest ich jednak tak dużo, że ciągłe odsyłanie do wyjaśnień utrudnia w znacznej mierze płynność lektury.

Tak jak to bywa zazwyczaj w przypadku antologii, „Cienie spoza czasu”, są bardzo nierównym zestawieniem. Mamy tutaj przykłady, że można pisać jak Lovecraft, można być jego zupełnym przeciwieństwem lub być gdzieś pomiędzy. Przeciwieństwa Lovecrafta, niestety, w tym wypadku nie stanowią tak dobrej lektury, jaką spodziewalibyśmy się znaleźć pod zbiorczym hasłem „hołdu dla Lovecrafta”. Niemniej warto zapoznać się z tym zbiorem, stanowiącym miłą odskocznię od kolejnych reedycji dobrze znanych nam opowiadań ze świata Cthulhu i innych Wielkich Przedwiecznych.

Dziękujemy wyd. Dobre Historie za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja