Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

100% Wędrowycza w Wędrowyczu – recenzja książki „Trucizna”

Jakub Wędrowycz jest chyba jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej sceny fantastycznej. Dlatego kolejna książka o jego przygodach, zatytułowana „Trucizna” była tak bardzo wyczekiwana. Od czasów premiery poprzedniego zbiorku minęły ponad dwa lata.

A czemu Wędrowycz jest taki lubiany? Przecież to opój, awanturnik i obleśny dziad, od którego gorszy jest tylko zapach jego starych skarpetek. Ano właśnie dlatego tak go lubimy. Bo jest prosty, a nawet swojski. Każdy z nas zna takiego Wedrowycza – tkwi on przecież w nas samych.

Najnowszy tom przygód złośliwego egzorcysty to opowiadania, które na dobrą sprawę nie są ze sobą połączone ani chronologicznie, ani fabularnie. Jedno z nich traktuje nawet o Jakubie, a raczej Kubusiu, który jest jeszcze młodym chłopcem (Opowiadanie „Lazaret”). Skoro „Trucizna” jest zbiorem opowiadań, można by się spodziewać, że niektóre z nich będą lepsze, a inne gorsze. I otóż nie! Wszystkie stoją na w miarę równym, wysokim poziomie. To bardzo miła niespodzianka! Naprawdę trudno jednoznacznie wskazać, która przygoda jest najlepsza.

Nawet te krótkie historie, jak „Trucizna” czy „Flaszka”, są bardzo udane, właśnie dzięki swojej objętości. Taka niedługa forma okazuje się bardzo zabawna, nawet bez rozbudowywania fabuły. Ot, epizod z życia Wędrowycza, który okazuje się pełen ironicznego, ale za to bardzo trafnie dobranego dowcipu.

Dłuższe formy literackie zawarte w tym tomie także wypełnione są po brzegi celnym i trafnie dobranym żartem ironizującym nasze czasy, władzę, a także ludzką mentalność. Dobrym przykładem na drwienie z ludzkich przywar jest historia zatytułowana „Kura”. Andrzej Pilipiuk naśmiewa się z takich wad charakteru jak chociażby nieopanowana chciwość.

Pilipiuk bawi się formami, tak aby nie znudzić czytelnika. Przedstawia przygody egzorcysty z jego punktu widzenia („Smok”), przez co średniowieczni wojowie mówią jak Wędrowycz, znając wiele terminów normalnie nieużywanych w przeszłości. Jest to jednak zabieg celowy, aby tylko podkreślić, ile dziadek mógł nazmyślać, żeby ubarwić opowiadaną wnukowi gawędę.

Z kolei w innym opowiadaniu („Dieta Wieczorna”) postać seniora rodu Wędrowyczów schodzi na drugi plan, a pierwsze skrzypce gra jego wnuk – Maciej. Co ciekawe, w trakcie tej przygody dwukrotnie zmieniane są formy narracyjne – z trzecio osobowej, w momentach gdy fabuła dotyczy tylko Maćka i Jakuba, na pierwszoosobową, w chwili gdy wypowiada się klasowy kolega głównego bohatera. Taki zabieg pokazuje, jak najmłodszy z Wędrowyczów postrzegany jest przez rówieśników. Trudno jest się spodziewać, by opinia na jego temat była inna niż: „to dobry kumpel, chociaż świr”.

Ale na tym nie koniec ciekawych zabiegów, jakie Pilipiuk zastosował w swojej najnowszej książce. Warto zaznaczyć, że do przygód egzorcysty pisarz pozwolił sobie włączyć bohaterów z innych swoich opowiadań (tak zwanych „opowiadań niewędrowyczowych”). W „Czarnym Punkcie” przyjdzie nam spotkać doktora Olszakowskiego , docenta Kawkę oraz ich studentów. Postacie te mogliśmy poznać w książce zatytułowanej „Szewc z Lichtenrade”. I tu pojawia się pewna drobnostka, która mogłaby wprowadzić w błąd tych czytelników, którzy nie znają wspomnianej książki. Mianowicie, jeden ze studentów nazywany jest Neandertalczykiem z powodu charakterystycznej fizjonomii. W innym opowiadaniu zostało to wyjaśnione, jednak tutaj autor pominął tę informację, przez co czytelnik może nie zrozumieć, co robi neandertalczyk pośrodku stanowiska archeologicznego. Jest to jednak detal niezbyt istotny, a na pewno nie wpływający ujemnie na przyjemność płynącą z lektury.

Z racji, że jest to siódma książka o Wędrowyczu, a nie wspominając, która to z kolei publikacja Pilipiuka, można by się zastanowić, czy nadal będzie bawić i zachwycać czytelników świeżością. Żartów i innych gagów, oprócz wspomnianych wyżej, jest mnóstwo! Warto jeszcze wspomnieć, że egzorcysta i jego przyjaciel Semen wpakowali się nawet na konwent miłośników fantastyki!

Obrazek

Nie ma co ukrywać, że kolejny zbiór przygód Wedrowycza zawiera wszystko to, co w nim lubiliśmy, a także wiele nowych przymiotów, za które będziemy darzyć historie o nim jeszcze większą sympatią! Oby więc „wielki grafoman”, jak sam autor siebie określił, pisał dalej, bo każda książka o Wędrowyczu jest znacznie lepsza od poprzedniej (co nie oznacza, że owej poprzedniej cokolwiek brakuje).

Ocena: 5/5

Dyskusja