Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Błądząc w „Czerwonej Mgle” – recenzja książki „Czerwona Mgła”

W dzisiejszych czasach często zadajemy sobie pytanie: Czy wszystko zostało już wymyślone? Czy twórcy są jeszcze w stanie nas czymś zaskoczyć? Aby odpowiedzieć zadowalająco na to pytanie, wyżej wspomniani prześcigają się w coraz bardziej innowacyjnych lub dziwacznych pomysłach.

Przykładem na jedno i drugie może być najnowsza książka autorstwa Tomasza Kołodziejczaka – „Czerwona Mgła”. Jest to kontynuacja książki „Czarnego horyzontu” i przedstawia wizję przyszłości Polski i Ziemi. W połowie XXI wieku, sytuacja militarna jest w miarę ustabilizowana. Co prawda, naszą planetę najechały demony z innego wymiaru, obejmując w posiadanie zachodnią część Europy, na szczęście polskie ziemie są nadal niepodległe, ponieważ otrzymały pomoc; także pomoc od sił spoza naszego świata. Brzmi to co prawda ciekawie, ale pojawia się pewne „ale”.
Wspomniane demony spoza naszego świata to… balrogi! Tak, autor użył dokładnie tej nazwy, znanej wszystkim miłośnikom prozy Tolkiena. Jakby tego było mało, to przyjacielskimi istotami okazały się elfy. Na nasz świat przybyło jeszcze parę innych istot znanych czytelnikom literatury fantastycznej, takie jak na przykład Soggothy z powieści H.P. Lovecrafta. Już tylko te kilka przykładów mogą świadczyć, że pisarz trochę przesadził w wymyślaniu czegoś nowego. Wizja tolkienowskich elfów używających komputerów, broni palnej i jednocześnie nadal korzystającej z magii, może okazać się za dużo dla wielu z nas.

Autor zresztą w jak najbardziej otwarty sposób odwołuje się do prozy Tolkiena. W pewnej chwili pada nawet pytanie, czy elfy ze świata „Czerwonej mgły” mają coś wspólnego ze Śródziemiem. „Bajki, oczywiście. Nic wspólnego z prawdą. Ale wszyscy uznajemy, że zrobiła nam naprawdę dobry pijar.”

Ale według autora to nie jedyne oręża w walce z siłami zła. Według niego liczy się także pozytywne nastawienie, wiara w wygraną i miłość. W tym wypadku nie chodzi o słownikową definicję uczuć, jaką znamy, ale o niemalże dosłowne wykorzystanie ich jako oręża. Dla przykładu – demona można okaleczyć , kochając go. Istota w stu procentach zła, nie zaznała nigdy dobra, więc to kaleczy je fizycznie. Koncepcja chociaż ciekawa, została zbyt dosadnie wprowadzona na karty powieści, co może wydawać się niedorzeczne, a nawet wymyślane na siłę. Zwłaszcza takie wrażenie mogą odnieść co bardziej ortodoksyjni z czytelników fantastyki.

Głównym bohaterem powieści jest Kajetan – geograf. Jego zajęcie nie ma nic wspólnego z nudnym kreśleniem map. Po inwazji demonów geografia świata uległa drastycznym zmianom, a horyzonty wymknęły się prawom fizyki. Czasami nie wiadomo, gdzie nadal jest „tu i teraz”, a kiedy zaczyna się obcy wymiar lub plan. To właśnie bada i ustala geograf. Przy okazji jest czymś w rodzaju wiedźmina, bo eksterminuje różnego rodzaju potwory.
W swojej pracy używa tak wielu przedmiotów i artefaktów, że ich liczba w opisie narracyjnym zaczyna być już przytłaczająca: menhiry i dolmeny utrzymujące geografię w ryzach, dęby stróżujące i wiele, wiele innych przedmiotów zaczerpniętych z różnego rodzaju legend i mitów. „Musimy ukryć się w lesie. Drzewa są dobre. To polski las.”

Książka składa się z kilku opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest oczywiście postać Kajetana. Nie są poukładane jedno po drugim, ale można wyraźnie wyczuć chronologiczną ciągłość. Niestety, prawie wszystkie zbudowane są w bardzo podobny sposób. W chwili, gdy wydaje się, że sytuacja jest już opanowana i nie wydarzy się nic złego, właśnie tak się dzieje. W pewnej chwili te nieoczekiwane zwroty akcji staja się nazbyt nawet przewidywalne.

Ten szereg minusów i pewnej fabularnej przesady równoważy na szczęście bardzo dobry styl, jakim operuje autor – Tomasz Kołodziejczak. Każde opowiadanie czyta się bardzo płynnie, a swobodny styl narracji sprawia, że lektura, mimo ilości wątków, nie sprawia żadnych problemów.

Teraz wypadałoby zadać sobie pytanie: Czy w polskiej i światowej fantastyce jest jeszcze miejsce na powiew świeżości i oryginalności? Odpowiedź, powinna brzmieć: Tak! A czy „Czerwona Mgła” się do nich zalicza? Niestety nie, mimo usilnych prób stworzenia czegoś nowego, to książka ta okazała się przerostem formy. Mimo to jest i tak całkiem niezłą, chociaż nie wybitną pozycją.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja