Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Skrajnie dobry komiks – recenzja „Star Wars: Dziedzictwo: Skrajności”

Cade Skywalker wreszcie pogodził z własnym dziedzictwem; jest w stanie ratować galaktykę. Czy to jednak nie za późno? O tym przekonamy się w dziesiątym tomie komiksowej serii „Star Wars”, dziejącej się ponad 138 lat po wydarzeniach przedstawionych w filmowej sadze.

Imperium Jedynego Sitha, mimo chaosu jaki wywołała pogłoska o śmierci ich przywódcy – Darth’a Krayta, wynalazło broń najgorszego rodzaju – broń biologiczną. Tylko jedna fiolka trucizny jest w stanie skazić wodę na całej planecie, zabijając wszystko, co w niej żyje. A jaki świat będzie lepszy do wypróbowania tak straszliwego sposobu zabijania, niż ten, który składa się prawie w całości z wody? Rodzima planeta Kalamarian i Quarreów – Das, ponownie trafia na celownik Imperium (po raz pierwszy w serii „Mroczne Imperium”, a także w poprzednich tomach „Dziedzictwa”). Tym razem plan Sithów okazał się straszliwie skuteczny. Pora obrać następny cel, a potem kolejny i kolejny.

Jak widać, sytuacja przedstawia się beznadziejnie. Niewiele ma ta historia wspólnego z przygodową kosmiczną epopeją, jaką znamy z filmów. Nie chodzi tu o technologie i kreacje ras, ale o ton, w jakim utrzymana jest fabuła. To nie baśń, w której giną złe roboty i klony, na dobrą sprawą nie będące ludźmi. Tu i teraz giną żywe, myślące i unikatowe istoty. I to widać. Eskalacja na tak duża skalę i tak w brutalny sposób jest po raz pierwszy przedstawiona w świecie Star Wars.

Jeśli chodzi o ujęcie graficzne, to jak w całym cyklu „Dziedzictwa”, stoją one na najwyższym poziomie. I nie będzie tu przesady, jeśli powiem, że nie chodzi tu tylko o komiksy spod znaku Gwiezdnych Wojen, ale o ogół obrazkowych opowieści.

Prace Jan Duursemy są bardzo estetyczne, przejrzyste, a jednocześnie pełne komiksowego ducha. Kolory są, żywe, ale bardzo realistyczne tonowanie światłocieniem sprawia, że całość wygląda bardzo realnie. W tym jednak albumie cieni i stonowanych kolorów jest zdecydowanie więcej, niż w poprzednich, wszystko by lepiej oddać mroczną i ponurą aurę tej konkretnej opowieści.

Ilość dobrych i bardzo dobrych rysunków w komiksie jest tak duża, że trudno jest wybrać jeden najlepszy. Wiele jednak rzuca się w oczy: scena walk imperialnego rycerza i Jedi kontra dziesiątki popleczników Sithów, albo walka kalamarian z imperialnymi szturmowcami. Też bardzo ciekawie zostały oddane efekty błyskawic, gdy Darth Wyrlock III rozgoryczony razi piorunami zbroję swego byłego mistrza.

Niestety, o ile zawartość komiksu można uznać wręcz za wzorcową, to okładka, co tu dużo mówić, jest po prostu brzydka. Rzadko się zdarza w recenzji analizowanie również i tę stronę publikacji, ale rysunek dobrany jest wyjątkowo niefortunnie. Przedstawia on walczącego z Sithem Cade’a Skywalkera. Nie jest to jednak praca wykonana tradycyjnie, ale zwykła grafika komputerowa. I to, sądząc po efekcie końcowym, nie najwyższych lotów. Przypomina raczej wizualizację z poprzedniej dekady.

Mimo to komiks broni się zawartością i jako ostatni tom „Dziedzictwa” (dalsze przygody Cade’a Skywalkera i jego przyjaciół będziemy śledzić w serii „Wojna”) wypada naprawdę doskonale. Oby więc kontynuacja była równie udana i utrzymana w tak samo mrocznym klimacie, co doskonale się sprawdza w świecie Star Wars.

Dyskusja