Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Sztywni i Martwi – recenzja filmu „Erotyczne Noce Żywej Śmierci”

Joe d’Amato to jeden z tych reżyserów, których żadnemu miłośnikowi kina eksploatacji przedstawiać nie trzeba. Włoski twórca zasłynął nie tylko erotykami z niezapomnianą Emanuelle, lecz także licznymi produkcjami, które, choć przepełnione erotyzmem, śmiało można było zakwalifikować do gatunku horroru. Do tego typu obrazów zaliczyć należy „Erotic Nights of the Living Dead” – może nie najlepsze, lecz z pewnością jedno z najpopularniejszych dzieł w dorobku tego filmowca.

John Wilson to przedstawiciel wielkiego budowlanego koncernu, który ma zamiar wybudować kompleks turystyczny na owianej złą legendą tropikalnej wyspie zwanej Cat Island. Za sowitą opłatą udaje mu się skłonić jednego z tutejszych żeglarzy, Larry’ego, by wyruszył w rejs na wyspę i umożliwił zbadanie miejsca, w którym już wkrótce ma się rozpocząć realizacja inwestycji. John doskonale zdaje sobie jednak sprawę, iż zarówno podróż, jak i eksploracja wyspy, może potrwać kilka dni i że cała wyprawa upłynie przyjemniej, jeśli towarzystwa dotrzyma mu urocza dama. Kiedy dwie miejscowe prostytutki stanowczo odmawiają udziału w rejsie na Cat Island, przerażone pogłoskami o tym miejscu, John zupełnie przypadkiem poznaje piękną Fionę, która nie ma w tym względzie żadnych oporów. Wkrótce John, Fiona i Larry przekonają się, iż Cat Island istotnie nie jest odpowiednim miejscem dla jakichkolwiek przybyszów.

Pierwszych kilkanaście minut filmu daje podstawy by przypuszczać, iż w „Erotic Nights of the Living Dead” uwaga skupiona będzie raczej na erotyce, niż na grozie. Jedna z pierwszych scen, w której John zabawia się w hotelu z dwoma prostytutkami (scena, notabene, typowo pornograficzna – nie erotyczna) utwierdza w tym przekonaniu. Z czasem jednak tego typu scen jest znacznie mniej, i chociaż widoków pięknych, roznegliżowanych kobiet w miłosnych uściskach z mężczyznami nie brakuje, to w pewnym momencie rozwój fabuły wyraźnie nabiera tempa i to tajemnice Cat Island wychodzą na pierwszy plan. W każdym razie, jak wskazuje tytuł filmu, erotyki w obrazie d’Amato nie brakuje – i tyczy się to zarówno scen miłosnych, jak i zwyczajnych scen w negliżu, gdyż aktorki wchodzące w skład obsady, wyraźnie czują się przed kamerą zupełnie swobodnie, bez skrępowania prezentując swoje wdzięki. Warto zresztą nadmienić, iż w „Erotic Nights of the Living Dead” erotyka niekiedy splata się z grozą, by przypomnieć jedynie zmysłową scenę z udziałem Johna i pięknej przybyszki, zakończoną tragicznie dla tego pierwszego.

Zaprawiony w horrorach widz raczej nie znajdzie w obrazie d’Amato scen, które mogłyby go przestraszyć. Owszem, film ma kilka momentów, mogących zjeżyć włos na głowie – zwłaszcza tyczy się to scen z powstającymi z martwych ożywieńcami – jednak oglądanie go w środku nocy przy zgaszonym świetle nie wywołuje żadnej traumy. Szczególnie że gołym okiem widać niewielkie koszty poniesione na charakteryzację tytułowych żywych trupów. Zgraja maszerujących powoli czarnoskórych mężczyzn, odzianych w poszarpane szaty jednakowej barwy z licznymi sztucznymi bliznami i okaleczeniami na obliczach, może i robi wrażenie, jednak gdy kamera pokazuje nam pojedynczych ożywieńców, obnażona zostaje prostota zastosowanych w charakteryzacji rozwiązań.

Ci, którzy przed obejrzeniem „Erotic Nights of the Living Dead” mieli wcześniej sposobność do zapoznania się z innymi, późniejszymi produkcjami Joe d’Amato, znajdą pośród obsady kilka znajomych twarzy. Zarówno George Eastman (będący jednocześnie autorem scenariusza), jak i Mark Shannon, to aktorzy, którzy tworzyli duet także w takich produkcjach, jak „Z piekła rodem” czy „Porno Holocaust”. Nie są to, naturalnie, gwiazdy szklanego ekranu, choć obaj panowie opanowali tajniki aktorskiego rzemiosła wystarczająco, by zaspokoić oczekiwania średnio wymagającego widza. Wśród pań nieco rozczarowująco wypadła Lucia Ramirez, dla której był to debiut w pełnometrażowej produkcji (później zaliczyła jeszcze tylko trzy występy, wszystkie w podobnych filmach Joe d’Amato). Aktorka, mimo iż odznacza się nieprzeciętną urodą, a scena, w której prezentuje oczom widza zmysłowy, erotyczny taniec, jest jedną z bardziej udanych, samą grą nie zachwyca. Znacznie lepiej na tym polu wypadły jej koleżanki z planu – Dirce Funari i Laura Gemser, nie tylko ponadprzeciętnie urodziwe, ale i aktorsko uzdolnione. Zwłaszcza ta druga, kilka lat wcześniej wielokrotnie wcielająca się w tytułową bohaterkę filmów z serii „Emanuelle”, stanowi ozdobę opisywanej produkcji, bez której obraz D’Amato wydawałby się mocno wybrakowany.

Odpowiedź na pytanie, czy warto skusić się na obejrzenie „Erotic Nights of the Living Dead”, uzależniona jest przede wszystkim od stosunku potencjalnego widza do tego typu produkcji. Jeśli ktoś nie jest fanem erotycznych horrorów, opisywany film D’Amato z pewnością go do tego gatunku nie przekona. Natomiast koneserzy twórczości włoskiego reżysera nie powinni mieć większych wątpliwości. Wprawdzie nie jest to najlepszy z jego filmów – nie szokuje, niespecjalnie straszy, a i warstwie erotycznej daleko do poziomu „Emanuelle” – to jednak samo nazwisko twórcy będzie najlepszą rekomendacją dla wszystkich jego fanów.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja