Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wampir z naszej klasy – recenzja filmu „Internat”

Pewną tradycją jest, że każdego roku w okolicach Halloween do multipleksów trafia przynajmniej kilka produkcji spod znaku horroru. Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, iż dla dystrybutorów mających w swojej ofercie produkcje grozy, jest to krótki czas wyjątkowo sprzyjającej koniunktury. Bywa jednak, że w branży brakuje interesujących nowości, a wtedy na ogół sięga się po starsze filmy, niezauważone wcześniej przez wydawców, i z rozgłosem wpuszcza się je na wielkie ekrany. Właśnie tak ma się sprawa z „Internatem” w reżyserii Mary Harron, który wprawdzie powstał ponad rok temu, lecz do rodzimych kin trafił zaledwie przed kilkoma dniami.

Bohaterką filmu jest Rebecca, wracająca po wakacyjnej przerwie do żeńskiej szkoły z internatem. Nastolatka, nie mogąca pozbierać się po samobójczej śmierci ojca, zaprzyjaźnia się z rówieśniczką imieniem Lucy. Nie mija jednak wiele czasu, a relacja między dziewczynami zostaje wystawiona na próbę. Do internatu trafia Ernessa Bloch – odległa, zdystansowana, nieco ekscentryczna i skrywająca tajemniczą przeszłość. Nowa uczennica prędko zaprzyjaźnia się z Lucy, spędzając z nią większość czasu i wyraźnie odcinając ją od Rebeccy. Kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach giną mieszkanki internatu, a okaleczone zwłoki jednej z jego pracownic zostają znalezione w lesie nieopodal szkoły, osamotniona dziewczyna zaczyna podejrzewać, że to Ernessa ponosi odpowiedzialność za ostatnie tragiczne wydarzenia. Rebecca nabiera przekonania, że zło tkwiące w nowej szkolnej koleżance ma całkowicie nadnaturalne korzenie.

„Internat” pełen jest nawiązań do najważniejszych dzieł w kanonie „wampirze” literatury, takich jak „Carmilla” Josepha Sheridana Le Fanu czy „Dracula” Brama Stokera. Mary Harron czerpie z nich do tego stopnia, że w przypadku kilku wątków jej najnowszego filmu śmiało można mówić nie tyle o inspiracji, co o zwyczajnym kopiowaniu fabularnych rozwiązań z wybitnych dziewiętnastowiecznych utworów. Podobnie jak w niektórych klasycznych dziełach z wampirami w rolach głównych, także i w „Internacie” poruszona została kwestia budzącej się kobiecej seksualności, ukierunkowanej także na osoby tej samej płci (ponowny ukłon w stronę „Carmilli”), a jakby było mało, bohaterki filmu na lekcjach poświęconych literaturze omawiają nie co innego, jak właśnie powieści gotyckie, na czele ze wspomnianymi wcześniej dwoma klasykami. Kłopot z „Internatem” nie polega na tym, że czerpie z dorobku mistrzów gatunku, gdyż to na dobrą sprawę mogłoby być wręcz atutem w rękach Harron. Rzecz w tym, iż owe nawiązania są zbyt oczywiste i nachalnie akcentowane. Nie pozwala się widzowi na wysilenie szarych komórek, kojarzenie pewnych faktów i samodzielne dotarcie do tego, komu twórcy „Internatu” zamierzają złożyć swojego rodzaju hołd. Każdorazowo jest to podawane wręcz na tacy, co po pewnym czasie odbiorca może zinterpretować wręcz jako kpinę z jego inteligencji.

Mocną stroną filmu Harron jest natomiast główna bohaterka. To niezwykle przejmująca postać, a jej losy szybko stają się widzowi nieobojętne, również za sprawą dobrej, przekonującej gry jej odtwórczyni. Sarah Bolger, dotychczas znana z udziału w takich produkcjach jak „Nasza Ameryka” czy „Kroniki Spiderwick”, zanotowała tu

świetny występ. Dotarłszy do napisów końcowych, widz nadal nie wie, czy podejrzenia Rebeccy co do wampiryzmu Ernessy są słuszne, czy też wszystko to jest efektem obłędu, w jaki popada główna bohaterka. Twórcy, choć na przestrzeni filmu kilkakrotnie sugerują, która z tych opcji jest prawdziwa, za sprawą finałowej sceny zasiewają u odbiorcy ziarno niepewności. Można powiedzieć, że Rebecca stała się tak wyjątkową bohaterką w równym stopniu dzięki aktorstwu Bolger, jak i pracy scenarzystów, którzy uczynili tę postać bardzo niejednoznaczną.

Zjawiskową kreacją popisała się także Lily Cole. Choć znana jest przede wszystkim jako modelka, to występem w „Internacie” udowodniła, że nie brakuje jej także aktorskich umiejętności. Ernessa Bloch w jej wykonaniu to postać nie tylko tajemnicza i na pozór skryta, ale zarazem na swój sposób charyzmatyczna. Dodatkowym atutem Cole jest wyjątkowa uroda: jej oblicze przywodzi na myśl porcelanową lalkę, co w połączeniu z bardzo dobrą charakteryzacją owocuje niezwykłym efektem. Nie ma wątpliwości, iż postać Ernessy zagości na długo w pamięci każdego, kto zdecyduje się obejrzeć „Internat”.

Niestety, drugi plan nie wypada już tak dobrze. Odtwórczynie ról koleżanek Rebeccy i Ernessy grają bardzo słabo, wielokrotnie prezentując warsztatowe braki. Nie inaczej rzecz się ma ze Scottem Speedmanem, wcielającym się w pana Daviesa, nauczyciela literatury. Speedman bardzo rozczarowuje, prezentując się niczym uczniak, któremu po raz pierwszy przyszło stanąć przed kamerą. Słowa krytyki należy skierować również pod adresem Declana Quinna, odpowiedzialnego za zdjęcia. Malownicze okolice, w których kręcono „Internat” z pewnością dałoby się

sfotografować znacznie lepiej. Dotyczy to zresztą zarówno plenerów, jak i okolic samego filmowego internatu, na czele z surowym, posępnym budynkiem szkoły. Tymczasem kadry Quinna są straszliwie nudne, mało w nich polotu, dominuje w nich szarość, a zwracające uwagę, ciekawsze ujęcia dałoby się policzyć na palcach jednej ręki.

Nie każdemu przypadnie do gustu tempo narracji. Czas projekcji jest bowiem zaskakująco krótki i wynosi zaledwie nieco ponad osiemdziesiąt minut, podczas gdy cała historia skrywa potencjał na znacznie dłuższą filmową opowieść. Ponadto, przez większą część wspomnianego czasu „Internat” przypomina raczej mroczny, psychologiczny dramat, aniżeli typowy horror. Wprawdzie najnowsze dzieło Mary Harron ma kilka udanych, mrożących krew w żyłach scen (widzowie z pewnością zapamiętają tę toczącą się w bibliotece), lecz nie wydaje się, by ktokolwiek, kto uda się do kina na wieczorny seans, miał wracać ze strachem do domu.

„Internat” z pewnością nie jest produkcją na miarę największych filmowych dokonań w dotychczasowym dorobku Mary Harron. W porównaniu z nimi, najnowsze dzieło Kanadyjki wypada dość blado. Można obejrzeć je bez bólu i zapewnić sobie blisko półtorej godziny lekkiej, dość przyjemnej rozrywki, jednak ten, kto postanowi nie dać „Internatowi” takiej szansy, nie powinien mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja