Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Terminator 3” – po śladach Camerona – recenzja filmu „Terminator 3 – Bunt Maszyn”

Wieść o planowanej trzeciej części „Terminatora” elektryzowała fanów serii na długie miesiące przed premierą. Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż „Bunt maszyn” był w owym czasie najbardziej oczekiwanym filmem z gatunku science-fiction. I chociaż James Cameron, reżyser dwóch pierwszych części, swojemu następcy poprzeczkę zawiesił nadzwyczaj wysoko, to znakomita większość fanów elektronicznego mordercy trwała w nadziei, że Jonathan Mostow udźwignie ciężar powierzonego mu zadania.

Minęło dokładnie dziesięć lat, odkąd Skynet wysłał w przeszłość cyborga T-1000. Zapowiadany Dzień Sądu nie nadszedł, lecz John Connor ma świadomość, że jego zmagania z pochodzącymi z przyszłości maszynami nie dobiegły końca. Tym razem przychodzi mu się zmierzyć z nową wersją terminatora, Terminatrix (T-X), najbardziej śmiercionośną z maszyn. Dla cyborga, przybierającego postać pięknej kobiety, głównym zadaniem jest uśmiercenie Johna Connora, a w dalszej kolejności ponad dwudziestu innych osób zagrażających mającemu nadejść panowaniu maszyn nad światem. W sukurs prześladowanemu młodzieńcowi przychodzi stary dobry znajomy, T-800, ponownie zaprogramowany tak, by za wszelką cenę zachować Connora przy życiu. Stawką w rozgrywce między terminatorami jest przyszłość cywilizacji. Bezpośrednia konfrontacja pomiędzy człowiekiem a maszynami, ma nadejść szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Najzagorzalszym fanom pierwszych części „Terminatora”, dwanaście lat dzielące premiery „Buntu maszyn” i „Dnia sądu” dłużyły się w nieskończoność. Niskobudżetowa produkcja science-fiction, jaką była pierwsza część filmu, niespodziewanie przyniosła twórcom wielki finansowy sukces. Kontynuacja, której się doczekała, nie wyjaśniła widzom wszystkich wątków i wręcz prosiła się o rozwinięcie. Film Mostowa, którego produkcja pochłonęła grubo ponad sto milionów dolarów, chociaż sama w sobie stanowi kawał solidnego kina science-fiction, pod wieloma względami ustępuje swoim wybitnym poprzednikom.

Obrazek

Po obiecującym początku, w którym widz zostaje zapoznany z nowym, bezwzględnym i śmiercionośnym terminatorem w skórze pięknej Kristanny Loken, szybko można nabrać przekonania, iż twórcy trzeciej części serii nie są w stanie niczym zaskoczyć. W „Terminator 3 – Bunt Maszyn”, podobnie jak w przypadku poprzedniej części, osią fabuły jest pościg nowej maszyny za człowiekiem, który ma zostać w przyszłości przywódcą ludzkiego ruchu oporu. Ucieczki Connora przed Terminatrix wprawdzie są zrealizowane bardzo efektownie, jednak stwierdzenie, iż wyglądają lepiej, niż choćby w „Dniu Sądu”, byłoby dość ryzykowne. Podobnie z ostateczną rozgrywką pomiędzy maszynami. Walki zapierają dech w piersiach i prezentują się imponująco, choć ci, którzy pamiętają konfrontację między T-800 a T-1000 z drugiej części filmu, nie zostaną powaleni na kolana. Chociaż zarówno efekty specjalne, jak i wygląd samych maszyn, wypadają imponująco, dowodząc, że znaczna część budżetu produkcji została przeznaczona właśnie na ten cel, to sam przebieg scen z ich wykorzystaniem – dotyczy to zwłaszcza walk – pozostawia nieco do życzenia, obnażając niewielką kreatywność twórców w tej materii. Bardzo chlubne wyjątki stanowi scena pościgu z dźwigiem oraz starcie terminatorów, które odbywa się… w toalecie. Na tym jednak inwencja twórców się skończyła, a szkoda, gdyż w tej materii potencjał drzemiący w filmie i jego ogromnym budżecie nie został do końca wykorzystany.

Osobną kwestię stanowi aktorstwo, które w „Terminatorze 3 – Bunt Maszyn” prezentuje się bardzo nierówno. Na tle obsady błyszczy Arnold Schwarzenegger, który w dniu premiery wprawdzie miał już swoje lata, jednak patrząc na jego grę jako T-800, nie można dostrzec, by zestarzał się choćby o rok. Imponująco zaprezentowała się także wzmiankowana wcześniej Kristanna Loken, doskonale odnajdująca się w roli beznamiętnej, zaprogramowanej na jeden zabójczy cel Terminatrix. Większych zastrzeżeń nie można mieć też do Claire Danes, czyli filmowej Kate Brewster, towarzyszącej Connorowi w jego ucieczce przed wspomnianym cyborgiem. Wielkim rozczarowaniem jest natomiast Nick Stahl jako John Connor, który w porównaniu ze znanym z drugiej części odtwórcą tej roli, Edwardem Furlongiem, wypada, delikatnie mówiąc, niekorzystnie. Connor w wykonaniu Furlonga, choć walkę o przeżycie toczył niemal na każdym kroku, posiadał pewną charyzmę. Był człowiekiem z krwi i kości, świadomym swoich niepewnych szans w starciu ze śmiertelnymi wrogami, ale jednocześnie bystrym i zaradnym. Tymczasem Connor w interpretacji Nicka Stahla to zaszczuty, nieporadny chłopaczyna, który prędzej potknie się o własny but i wywróciwszy uderzy głową o wystający z chodnika kamień, niźli zginie od kuli ścigającej go maszyny – nie wspominają już o tym, że (choć to już należy zrzucić na barki scenarzystów) w „męskich zadaniach” niejednokrotnie musi go wyręczać towarzyszka niedoli.

Na osobną pochwałę zasługuje także muzyka Marco Beltramiego, świetnie integrująca się z tym, co widać w danej chwili na ekranie i budująca napięcie poszczególnych scen. Dobrze wyglądają również zdjęcia autorstwa Bena Seresina i Dona Burgessa. Curriculum vitae drugiego z tych panów mówi jednak samo za siebie – wspomnieć wystarczy o „Tożsamości Bourne’a”, „Forrescie Gumpie” czy pierwszej części „Spider-mana”, a stanie się jasne, iż do „Terminatora 3” zatrudniono wybitnych specjalistów w tej dziedzinie.

„Terminator 3 – Bunt Maszyn” to kawał dobrej, solidnie zrealizowanej filmowej roboty, który z pewnością spodoba się miłośnikom efektownego, dynamicznego kina akcji w fantastycznonaukowych szatach. Jeśli ktoś oczekiwał dzieła na miarę poprzednich dwóch części, może poczuć się jednak rozczarowany. Mostow w dużej mierze powiela schematy i rozwiązania znane z filmów Jamesa Camerona, w gruncie rzeczy nie dodając od siebie zbyt wiele. Nie wszystkim spodoba się otwarte zakończenie, choć akurat wydaje się ono miłą odmianą na tle obrzydliwie nudnych, hollywoodzkich happy endów. Koniec końców trzecią część „Terminatora” obejrzeć warto – choćby po to, by po raz kolejny zobaczyć w akcji rewelacyjnego Schwarzennegera, poznać możliwości aktorskie Kristanny Loken (której kariera, nota bene, potoczyła się po premierze „Buntu maszyn” mniej imponująco, niż można było oczekiwać), a także nacieszyć oczy fantastycznym pokazem efektów specjalnych.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja