Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wielkie pieniądze utopione w komedii – recenzja filmu „Evan Wszechmogący”

Kiedy w 2003 roku do kin trafił „Bruce Wszechmogący” w reżyserii Toma Shadyaca, mało kto spodziewał się, że film odniesie wielki komercyjny sukces. Produkcja, której budżet zamknął się w sześćdziesięciu milionach dolarów, dość nieoczekiwanie przyniosła autorom ośmiokrotnie większy przychód. Wobec tego powstanie kontynuacji było jedynie kwestią czasu. Na „Evana Wszechmogącego” widzom kazano czekać niecałe cztery lata.

Główny bohater, Evan Baxter, to typowy człowiek sukcesu. Niedawno został kongresmanem i wraz z rodziną przeprowadził się do nowego, wielkiego domu w Północnej Virginii. Nowa funkcja wiąże się jednak z nowymi obowiązkami i w swoim napiętym grafiku Evan prawie nie jest w stanie znaleźć czasu dla najbliższych. Jego życie zostanie wywrócone do góry nogami z chwilą, gdy zacznie kontaktować się z nim sam Bóg. Początkowo Evan jest przekonany, że zwariował. Stwórca każe mu zbudować arkę podobną do tej, jaką przed wiekami wzniósł biblijny

Noe. Z czasem okaże się, że wcale nie oszalał. Kiedy wbrew usilnym próbom nie będzie mógł pozbyć się zarostu, a zwierzęta wszelkich gatunków zaczną lgnąć do niego niczym do opiekuna, Evan będzie musiał zaakceptować boski plan. Tylko jak przekonać wszystkich wokół siebie, że wcale nie jest się szaleńcem, a kolejny potop zbliża się naprawdę?

„Evan Wszechmogący” nie jest filmem tej samej klasy, co jego poprzednik, jednak jako rodzinny umilacz czasu w chłodne, niedzielne popołudnie, sprawdza się całkiem nieźle. Obraz Shadyaca jest pełen humoru, co stanowi jego największy atut. Prezentowany w nim dowcip bywa nierówny. Obok błyskotliwych, ironicznych kwestii dialogowych i wszechobecnego, ciekawego komizmu sytuacyjnego, mamy tu również mało smaczne żarty w rodzaju śmierdzących niespodzianek zostawianych przez ptactwo na garniturze głównego bohatera. Z pewnością nie zabraknie odbiorców, którym komediowa strona produkcji przypadnie do gustu w całości. Znajdą się jednak i tacy, którzy dostrzegając błyskotliwość niektórych z prezentowanych żartów, jednocześnie poczują się zażenowani, będąc świadkami innych, mało inteligentnych gagów.

Warto zauważyć, że pod płaszczykiem familijnej komedii „Evan Wszechmogący” skrywa istotne przesłanie. Pierwsze i najważniejsze dotyczy rodziny, która nigdy nie powinna być zaniedbywana kosztem pędu ku karierze. Dla Evana, budowa nowej arki okaże się dogodną okazją ku temu, by odbudować zaniedbane dotychczas relacje z żoną i synami. Drugie dotyczy ekologii i ogólnie pojętego dbania o otaczające nas środowisko, nie tylko dla naszego własnego dobra, lecz także dla dobra i zdrowia naszych dzieci oraz wnuków. Oba płynące z filmu morały, jakkolwiek wartościowe i godne uznania, prezentowane są jednak dość nachalnie i nazbyt dosłownie, co stanowi jeden z detali odróżniających „Evana Wszechmogącego” od jego starszego filmowego kolegi, „Bruce’a Wszechmogącego”.

Honor filmu w dużej mierze ratuje obsada. Co ciekawe, Jim Carey oraz Jennifer Aniston, znani z poprzedniego filmu Toma Shadyaca, odmówili udziału w kontynuacji. W „Evanie Wszechmogącym” Carey’a zastąpił Steve Carell, stary komediowy wyjadacz, który swoim udziałem w opisywanej produkcji po raz kolejny udowodnił, że jak mało który hollywoodzki aktor nadaje się do podobnych ról. Ładnie zaprezentowała się jego filmowa żona, grana przez Lauren Graham, choć na tle wspominanej wcześniej Jennifer Aniston i tak wypada dość blado. Ozdobą obsady jest natomiast Morgan Freeman, który zagrał samego Boga. Scen z jego udziałem wprawdzie nie ma zbyt wiele, jednak te, które zostały przewidziane w scenariuszu, w zupełności wystarczyły, by Freeman zdążył pokazać się w nich z jak najlepszej strony.

Co ciekawe, „Evan Wszechmogący” jest jedną z najbardziej kosztownych hollywoodzkich komedii, jakie dotychczas poznało kino. Ogromne koszty generowało nie tylko sprowadzenie na plan zwierząt wszelkiej maści i gatunków, lecz także przygotowanie efektów specjalnych. Koniec końców Bóg przecież nie kłamie i jeśli mówi, że zbliża się potop, to prędzej czy później proroctwo musi się spełnić. Twórcy dołożyli niemałych starań, by wyglądał on efektownie, a efekt jest bardziej niż zadowalający.

Niestety, „Evan Wszechmogący”, choć stanowi kawał niezłego kina familijnego, nie dorównuje swojemu poprzednikowi. Pomimo ciekawego pomysłu i bardzo dobrej gry aktorów, na czele z fenomenalnym Stevem Carellem, wydaje się, iż potencjał produkcji został w sporej mierze zaprzepaszczony. Nowy film Shadyaca z pewnością będzie w stanie umilić spędzane w rodzinnym gronie niedzielne popołudnie, jednak nie jest to dzieło, które zapisze się wyjątkową kartą w historii swojego gatunku. Ot, lekka i przyjemna, a przy tym dość zabawna komedia, w sam raz na spędzenie z nią niezobowiązujących dziewięćdziesięciu pięciu minut.

Ocena: 3/5

Dyskusja