Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Groza rodem z konsoli – recenzja filmu „Silent Hill”

Premiera filmu „Silent Hill” zbiegła się mniej więcej w czasie, gdy Uwe Boll nieudolnie ekranizował tak popularne gry komputerowe jak „Alone in the Dark” czy „Bloodrayne”, Corey Yuen z przeciętnym rezultatem przenosił na ekrany kin bijatykę „Dead or Alive”, a spod ręki różnych reżyserów wychodziły mniej lub bardziej udane odsłony „Resident Evil”. I gdy wydawało się, że całkiem przyzwoicie zrealizowane „Doom” i „Tomb Raider” stanowią szczyt możliwości filmowców w dziedzinie adaptacji gier, pojawił się właśnie „Silent Hill” Christophe Gansa. Mroczny, przerażający i surrealistyczny. Godny konsolowego pierwowzoru.

Kilkuletnia Sharon, przybrana córka Rose i Christophera DaSilva, cierpi z powodu tajemniczej choroby. Ma koszmary, lunatykuje, a podczas majaków uporczywie powtarza nazwę oddalonego o wiele mil miasteczka Silent Hill, w którym doszło niegdyś do przerażającej tragedii. Kiedy pomimo terapii psychiatrycznej stan Sharon nie ulega poprawie, Rose, wbrew protestom męża, decyduje się pojechać z córką do miasteczka, w przekonaniu, że tylko tam znajdzie pomoc. Tuż przed dotarciem na miejsce dochodzi do wypadku. Po tym, jak samochód uderza w bliżej niezidentyfikowaną kreaturę, kobieta traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, uświadamia sobie, że z samochodu zniknęła Sharon. Rose rozpoczyna rozpaczliwe poszukiwania córki, które zawiodą ją do tytułowego Silent Hill. Wkrótce przekona się, że miasteczko zamieszkane jest przez piekielne monstra rodem z sennych koszmarów, zaś Sharon znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, będąc częścią przerażającego planu mieszkańców osady.

Miłośnicy serii gier elektronicznych, stanowiących pierwowzór opisywanej produkcji, nie powinni czuć się zawiedzeni. Christopher Gans, sam będąc wielkim jej fanem, przez blisko pięć lat bezskutecznie usiłował uzyskać od Konami prawa do nakręcenia ekranizacji. Uzyskał je dopiero po tym, jak przesłał do siedziby firmy film z wyznaniem, jak bardzo to dla niego ważne. Gans nie zaprzepaścił szansy, jaką otrzymał od japońskiego studia. „Silent Hill” w jego reżyserii jest ekranizacją bardzo wierną pierwowzorowi, w której wyśmienicie odwzorowano ducha gry.

Ukłony, jakie Gens wykonał względem fanów konsolowego hitu, są trudne do policzenia. Jednym z najważniejszych i najłatwiej dostrzegalnych – a może raczej słyszalnych – jest oprawa muzyczna, żywcem wzięta z gry. Oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, iż oglądając film, usłyszeć można dokładnie te same nuty, które niegdyś umilały rozgrywkę przy PlayStation. Wszechobecna mgła, która spowija całe miasteczko i otacza bohaterkę, tworząc atmosferę niepokoju i wyobcowania, to także element doskonale znany graczom. Jednak nawiązania do pierwowzoru widoczne są również w wielu innych, drobniejszych detalach. Wystarczy przypomnieć mapę podziemi szpitala, która wygląda identycznie jak mapa znana z „Silent Hill 2”, czy też pojedyncze kwestie dialogowe przeniesione bez zmian z gry (by wspomnieć tylko „Nie rozmawiam z obcymi” wypowiadane przez Sharon do policjantki w scenie na stacji benzynowej).

Imponująco prezentują się także znane z gry monstra. Słynny Piramidogłowy, który niegdyś męczył w koszmarach niemal wszystkich, którzy zarywali nocki przy konsoli, w filmie Gensa prezentuje się nie mniej przerażająco. Podobnie jest z upiornymi pielęgniarkami, jak również całym szeregiem innych potwornych kreatur. Są one tym bardziej imponujące, że tylko niewielka ich część została powołana do życia dzięki komputerowym efektom. W większości przypadków to żywi aktorzy przywdziewali na siebie realistyczne, pieczołowicie wykonane lateksowe kostiumy. Jest to jeden z najlepiej wykonanych elementów oprawy wizualnej filmu, choć dodać należy, iż z bardzo dobrej strony zaprezentowali się także specjaliści od scenografii.

Wśród bohaterów „Silent Hill” zdecydowanie dominują kobiety. Według pierwotnej wersji scenariusza, opowiedziana w filmie historia obyć się miała bez jakichkolwiek męskich ról. Honor brzydszej płci został jednak uratowany po odpowiedniej interwencji i wkrótce dodano postać Christophera DaSilvy, granego przez Seana Beana – notabene pojawiającego się tu zaledwie w kilku scenach. Radha Mitchell jako Rose zanotowała dobry występ (choć nie obyło się bez kilku słabiej zagranych scen), imponująco wypadła także Laurie Holden w roli policjantki Cybil Bennet. Trudno mieć także zastrzeżenia do Jodelle Ferland, dźwigającej na swoich barkach ciężar roli Sharon. Będąc w momencie kręcenia filmu zaledwie dwunastoletnią dziewczynką, zdołała odegrać swoją bohaterkę w sposób naturalny i przekonujący, a stworzona przez nią kreacja jest jedną z bardziej zapadających w pamięć.

„Silent Hill” w reżyserii Christophe Gansa to bardzo udany film, zwłaszcza biorąc pod uwagę całokształt oprawy wizualnej. Co bardziej czepliwi zwrócą uwagę na specyficzne zakończenie produkcji, słuszne będą też niektóre zarzuty względem scenariusza, gdyż w gruncie rzeczy opowiedziana tu historia jest całkiem prosta i pozbawiona oszałamiających zwrotów. Niemniej jednak „Silent Hill” sprawia wrażenie filmu stworzonego od początku do końca z myślą o fanach gry. Wszyscy, którzy zauroczyli się dziełem programistów z Konami, powinni prędzej czy później zapoznać się z produkcją francuskiego reżysera. Z pewnością nie będą rozczarowani.

Ocena: 4/5

Dyskusja