Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Hollywood po polsku – recenzja filmu „Sęp”

Oczekiwania wobec większości produkcji filmowych rosną wprost proporcjonalnie do środków, jakie twórcy decydują się zainwestować w kampanię promocyjną. Tymczasem „Sęp” w reżyserii Eugeniusza Korina od początku zapowiadany był jako dzieło o epickim, hollywoodzkim rozmachu.

Tym, którzy obserwowali w ostatnich latach polskie kino, w tym momencie powinna się zapalić „ostrzegawcza lampka”. Na przestrzeni minionej dekady największych rozczarowań dostarczyły przecież produkcje, o których jeszcze na długo przed premierą mówiło się, że przyniosą chlubę naszej kinematografii. Na szczęście, w przypadku „Sępa” jest inaczej! Film Korina stanowi niezły dowód na to, że Polaków stać na produkcje równie dobre, jak za oceanem.

Fabuła „Sępa” przedstawia się nad wyraz interesująco. Otóż, na przestrzeni minionych kilku lat zniknęło bez śladu kilkudziesięciu najbardziej niebezpiecznych bandziorów. Sprawą ma się zająć jeden z najlepszych śledczych w kraju, Aleksander Wolin, pseudonim Sęp. Człowiek niezwykle inteligentny, nieprzekupny i o żelaznych zasadach. Jego pomocnikiem ma zostać znacznie bardziej doświadczony policjant, znany w środowisku jako Bożek. Razem, krok po kroku, próbują dotrzeć do sedna sprawy i rozwikłać zagadkę tajemniczych zniknięć. Wolin szybko jednak uświadamia sobie, że w tym przypadku preferowane przez niego metody wywiadowcze nie wystarczą. Tajemniczy przeciwnik nieustannie wyprzedza go o krok, a w dodatku wiele wskazuje na to, że w najbliższym otoczeniu Sępa znajduje się zdrajca.

Wobec scenariusza nietrudno o mieszane odczucia, ma on bowiem kilka rzucających się w oczy słabości. Eugeniusz Korin chwilami idzie na łatwiznę, stosując banalne rozwiązania. Wystarczy tylko wspomnieć sposób, w jaki Wolin dowiaduje się, kto jest wtyką w szeregach policji. Wiele do życzenia pozostawiają również sceny, w których główny bohater, rozpisując na tablicy prościutkie matematyczne równania, stara się trafić na właściwy trop. Podobnie inny epizod pozostawia niesmak. Widzimy w nim śmierć jednego z głównych bohaterów. Wypełniony jest on najbardziej oklepanymi motywami, występującymi w co drugim amerykańskim dreszczowcu. Z kolei dialogi często brzmią nienaturalnie i są pełne infantylnych kwestii, które nadają się do ponownego rozpisania. Podobne zarzuty można wystosować w stosunku do bohaterów. Zarówno tych głównych, jak i drugoplanowych. Razi ich jednoznaczność i sztampowość.

Z drugiej strony, pomysł, na którym bazuje fabuła „Sępa”, jest naprawdę dobry! I to nie tylko biorąc pod uwagę tak zwane „polskie standardy”. Pomimo pewnych uproszczeń, podobnej historii nie powstydziłoby się wielu twórców zza oceanu. Film wbija widza w fotel już na początku, bardzo mocnym otwarciem, a potem napięcie już tylko rośnie. Rozwiązanie zagadki znikających ludzi potwierdza kreatywność scenarzysty. I chociaż w pewnym aspekcie zakończenie okazuje się lekko przekombinowane, to bez względu na to, „Sęp” niejednego widza pozostawi z poważnym moralnym dylematem. Opuszczając kino nie unikniemy refleksji nad tym, co sami uczynilibyśmy, znalazłszy się na miejscu głównego bohatera.

Pod względem aktorskim „Sęp” prezentuje się zupełnie nieźle. W obsadzie znajdziemy same wielkie nazwiska. Michał Żebrowski, chociaż na potrzeby filmu schudł ponad dziesięć kilogramów, na ekranie nie prezentuje się mizernie. Wręcz przeciwnie! Tytułową rolą udowodnił, że ciągle znajduje się w dobrej aktorskiej dyspozycji. W jego filmowego partnera wcielił się Daniel Olbrychski. Także i on – po hollywoodzkim epizodzie w „Salt” u boku Angeliny Jolie – zachował dużo świeżości. Znacznie gorzej wypada Paweł Małaszyński, grając drętwo i pozostając zdecydowanie w cieniu Żebrowskiego. Tylko niewiele lepiej zagrała Anna Przybylska, choć wszyscy pamiętamy, jak głośno reklamowano jej udział w debiutanckim dziele Korina. Świetne kreacje stworzyli natomiast Mirosław Baka, jako Rajski oraz Piotr Fronczewski, czyli filmowy generał Krasucki. Ich występy z pewnością okażą się jednymi z najbardziej pamiętnych ról w „Sępie”.

Żadnych powodów do narzekań nie przysparza oprawa filmu. Wrażenie robi sprawny, dynamiczny montaż Marcina Bastkowskiego, a także rewelacyjne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, który po raz kolejny udowadnia widzowi, że w swoim fachu bije na głowę nie tylko polskich, ale i wielu zagranicznych operatorów. Ponadto słowa uznania należą się Katarzynie Filimoniuk i Uruszli Wantuch-Żal, które odpowiedzialne były za scenografię i przygotowanie wnętrz. Wygląd sterylnie czystych cel, zamieszkanych przez więziennych uciekinierów lub obskurnych korytarzy pewnej ważnej dla fabuły „Sępa” masarni, nie budzi żadnych zastrzeżeń. Bardzo nowocześnie wygląda budynek sądu i komenda policji. Warszawa w obiektywie Tomiaka sprawia wrażenie miasta dynamicznego i nowoczesnego. To dobry znak, ponieważ filmów, w których naszą stolicę ukazywano jako brudną i zacofaną, mieliśmy już aż nadto.

Jeśli dodać do tego świetne, elektroniczne brzmienia zespołu Archive, którego utwory wykorzystano jako podkład muzyczny do filmu, otrzymujemy produkt na solidnym poziomie. Może nie dorównuje on największym hollywoodzkim hitom, ale z pewnością nie daje powodów do wstydu przed europejską publicznością. Miliony zainwestowane w „Sępa” nie poszły na marne. Pod względem oprawy technicznej film stanowi nową jakość w rodzimej kinematografii. Aktorzy – wyłączywszy pojedyncze przypadki – stanęli na wysokości zadania. Gorzej jest ze scenariuszem, który, choć bazuje na nietuzinkowym i ciekawym pomyśle, pełen jest archetypicznych bohaterów i sztucznych dialogów. Chociaż rzuca to pewien cień na „Sępa” jako całokształt, to i tak warto obejrzeć go na dużym ekranie!

Ocena: 3.5/5

Dyskusja