Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Horror bez smaku – recenzja filmu „Smakosz”

W dzisiejszych czasach stworzenie horroru, który utrzymywałby widza w napięciu i przerażeniu przez cały czas projekcji, jest zadaniem niezwykle wymagającym i trudnym. Victor Salva, który przed dekadą popełnił pierwszą część „Smakosza”, i tak może mówić o sporym sukcesie. Film, który nakręcił w 2001 roku, spełnia te kryteria przez ponad trzydzieści minut.

„Smakosz” jest jednym z ostatnich reprezentantów kina grozy, jaki cieszył przed laty szczęśliwych posiadaczy magnetowidów, niecierpliwie wyczekujących nowości pojawiających się na półkach wypożyczalni kaset VHS. Film zaczyna się jak dość typowy horror dla nastolatków. Oto dwoje rodzeństwa, Darrly i Patricia Jenner, wracają ze

Obrazek

szkoły do rodzinnego domu. Podróżują własnym samochodem, droga ciągnie się przez odludne zakamarki Stanów Zjednoczonych. W trakcie jazdy ich auto zostaje staranowane przez tajemniczego, obłąkanego kierowcę ciężarówki. Kilkadziesiąt kilometrów dalej Patricia i Darrly z przerażeniem spostrzegają, że kierowca tira, który wcześniej omal ich nie zabił, zrzuca do pewnego dołu pakunki do złudzenia przypominające ludzkie zwłoki. Za namową Darrly’ego, rodzeństwo zatrzymuje się i usiłuje pomóc domniemanym ofiarom. To, co oboje odkryją na miejscu, przejdzie jednak ich najśmielsze oczekiwania. Po tym, jak zdają sobie sprawę, że mają do czynienia z psychopatycznym mordercą, nastolatkowie podejmują próbę ucieczki. Zbrodniarz podąża jednak ich śladem.

„Smakosz” to jeden z tych filmów, które swojego czasu budziły wśród odbiorców skrajne emocje. Miłośnicy kina grozy klasy B, które u progu nowego stulecia znajdowało się w głębokim kryzysie, skłonni byli wybaczyć Victorovi Salvie liczne błędy, jakich dopuścił się w swoim dziele. Fani horroru o chłodniejszych głowach wypunktowywali jednak liczne niedociągnięcia produkcji i niekiedy nie pozostawiali na niej suchej nitki. Wydaje się, że racja leży pośrodku. „Smakosz” nie jest wybitnym reprezentantem swojego gatunku, a jednak posiada pewien specyficzny urok, który sprawia, że nie sposób przejść obok niego obojętnie.

Obrazek

Film ma przede wszystkim pasjonujący, ciekawy początek. Po sprawnie zrealizowanym wprowadzeniu, w którym widzowi zostaje przedstawiona dwójka głównych bohaterów, przychodzi jednak pora na zawiązanie fabuły. Emocje sięgają zenitu, gdy jeden z głównych bohaterów zostaje nieoczekiwanie uwięziony w miejscu, gdzie tytułowy Smakosz kryje swoje ofiary. Od tego momentu jednak, paradoksalnie, z każdą chwilą są one coraz słabsze. Niewiele mówi się o pochodzeniu, pobudkach i naturze atakującego nastolatków monstrum. Mamy tu do czynienia z popularnym w kinie klasy B, choć nielubianym przez sympatyków horroru, rozwiązaniem, w myśl którego nie liczy się geneza i motywacja kierująca popełniającym zbrodnie psychopatą – ważne, że są trupy, krew, a już najlepiej, gdyby były jeszcze gołe biusty. W „Smakoszu” golizny oczywiście nie ma, jednak drastycznych obrazów również jest jak na lekarstwo. Ciarki na plecach wzbudzać ma atmosfera towarzysząca oglądaniu oraz sam Smakosz. W czarnych szatach i kapeluszu skrywającym potworne oblicze, prezentuje się doprawdy przerażająco. Całości dopełniają rozłożyste, błoniaste skrzydła (choć niejeden widz uzna to za przekombinowane rozwiązanie), umożliwiające potworowi błyskawiczne przemieszczanie się. Tytułowy Smakosz odznacza się doprawdy zatrważającą aparycją. Szkoda tylko, że po dotarciu do napisów końcowych widz nadal wie o nim bardzo niewiele.

„Smakosz” nie przypadnie do gustu tym miłośnikom horroru, którzy cenią sobie logiczny scenariusz i bohaterów postępujących w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem – zwłaszcza w obliczu zagrożenia życia. Justin Long, dla którego rola w „Smakoszu” okazała się swojego rodzaju przetarciem przed udziałem w większych hollywoodzkich produkcjach (by wspomnieć tylko „Szklaną Pułapkę 4.0”), a także Gina Philips, którą po występie w filmie Salvy jeszcze wielokrotnie angażowano do różnego rodzaju horrorów, dwoili się i troili, by dodać barw odgrywanym przez siebie, dość typowym dla tego gatunku bohaterom. Oboje poradzili sobie z tym nieźle, w szczególności Gina. Tym bardziej należałoby więc im współczuć, iż niejednokrotnie musieli brać udział w fatalnie zaplanowanych scenach (zwłaszcza wydarzenia na posterunku), bądź wypowiadać drętwe, dialogowe kwestie. Oto bowiem w Darrlym, który przed chwilą o mało co nie zginął staranowany przez psychopatę, rodzi się bohater i nastolatek postanawia udzielić pomocy ofiarom potwora, wykazując się postawą równie ambitną, co idiotyczną. Innym razem do całej intrygi wplątana zostaje doznająca wizji szarlatanka, zaś szczytem przekombinowania okazuje się dodanie do scenariusza starszej, acz niezwykle agresywnej kobieciny, lubującej się w hodowli kotów. Omawianie z osobna każdego z bohaterów mijałoby się z celem, dość jednak wspomnieć, iż poza nielogicznym postępowaniem bohaterów i banalnymi dialogami, słabo wypadają również postacie drugoplanowe.

Smakosz jest trochę jak niedoprawiona zupa. Gdy burczy w brzuchu, zjada się ją z apetytem, nie zważając na wszelkie niedogodności. O jakichkolwiek wyrafinowanych doznaniach smakowych można wtedy jednak zapomnieć. W przypadku filmu Victora Salvy jest podobnie. Wobec braku alternatyw, można po niego sięgnąć i czerpać z oglądania jako taką przyjemność. Będzie to jednak obcowanie z utworem zupełnie przeciętnym, nawet w obrębie swojej konwencji.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja