Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Krew, piach i słodka zemsta – recenzja filmu „Gladiator”

U progu dwudziestego pierwszego stulecia Ridley Scott zaprezentował światu „Gladiatora”. Film powstały z ogromnym rozmachem, który szybko zachwycił widownię ze wszystkich zakątków globu i otrzymał szereg najbardziej prestiżowych branżowych laurów i nagród, z pięcioma Oscarami włącznie. Czy słynna historia o gladiatorze Maximusie wytrzymała próbę czasu?

Akcja opisywanej produkcji rozpoczyna się w 180 roku naszej ery. Rzymskie legiony dowodzone przez generała Maximusa odnoszą kolejny tryumf nad germańskimi barbarzyńcami, przechylając szalę zwycięstwa w wojnach markomańskich na korzyść Rzymu. Cesarz Marek Aureliusz, będący u schyłku żywota, decyduje się powierzyć mu władzę nad imperium. Wzbudza to jednak zazdrość cesarskiego syna, Kommodusa, który poleca swoim sługom zamordowanie Maximusa i jego najbliższych. Generał wraca w rodzinne strony, zastaje tam jednak tylko splądrowane domostwo oraz zmasakrowane ciała żony i syna. Sam zostaje pochwycony w niewolę, a następnie sprzedany do szkoły gladiatorów. Dostrzegłszy umiejętności i hart ducha Maximusa, właściciel szkoły – Proxim, wysyła go na walki do rzymskiego Koloseum. Dla byłego żołnierza będzie to doskonała okazja, by wziąć odwet za doznane krzywdy i pomścić śmierć najbliższych.

Chociaż „Gladiator” nie trzyma się kurczowo historycznych faktów, to i tak stanowi nie lada gratkę dla miłośników starożytnego Rzymu. Filmowcy stosunkowo rzadko sięgają przecież po tę tematykę, stąd zainteresowany tym obszarem historii widz nieczęsto ma okazję zobaczyć wojny Rzymian z barbarzyńcami, krwawe walki na arenach, czy – co w przypadku filmu Ridley’a Scotta stanowi wizualny majstersztyk – rzymskie Koloseum zrekonstruowane przy użyciu komputerowych technologii. Pasjonaci minionych dziejów o pedantycznym stosunku do swojego hobby, będą zwracać uwagę, że Maximus to postać fikcyjna (jakkolwiek inspirowana historycznymi pierwowzorami), a przedstawione w filmie losy cesarza Kommodusa nijak mają się do jego faktycznej biografii. Nie jest to film stricte historyczny, lecz kostiumowy. Wartość opisywanej produkcji nie tkwi wcale w wiernym odwzorowaniu zamierzchłych wydarzeń.

„Gladiator” to tak naprawdę dość prosta, żeby nie powiedzieć – klasyczna, opowieść o walce dobra ze złem, o konfrontacji postawy rycerskiej i szlachetnej, z nikczemną i niegodziwą, osadzona w oryginalnym, historycznym kontekście. Główni bohaterowie tego spektaklu, Maximus i Kommodus, to postacie skrajnie od siebie odmienne, stojące po przeciwstawnych biegunach moralności. Film sporo jednak na tym traci. Tytułowy gladiator okazuje się bowiem rycerzem bez skazy, natomiast Kommodus ukazany zostaje jako tchórzliwy i pełen kompleksów intrygant, w którym próżno szukać jakichkolwiek dobrych cech. Tak trywialne kreacje głównych bohaterów nie pozostawiają wątpliwości co do tego, kogo widzowi przedstawia się jako wzór cnót, a do kogo powinien z miejsca zapałać niechęcią. W gruncie rzeczy „Gladiator” sprawia wrażenie baśni dla nieco starszego widza, przekazującej odbiorcy istotne morały, choć podającej je praktycznie na tacy i nie zmuszając do jakiegokolwiek intelektualnego wysiłku.

Konfrontacja wspomnianych dwóch charakterów mimo wszystko jest jednak pasjonująca, w czym dużej zasługi należy upatrywać u odtwórców głównych bohaterów. Joaquin Phoenix doskonale odnajduje się w roli nikczemnego cesarza. Solidnie prezentuje się także Russell Crowe, który w „Gladiatorze” stworzył pamiętną kreację, nagrodzoną zresztą Oscarem. Maximus w jego wykonaniu jest postacią niezwykle charyzmatyczną, do tego stopnia, że owa charyzma skutecznie maskuje pewne warsztatowe braki Crowe’a, na czele z dość ograniczonymi zdolnościami w aspekcie mimiki. Nierównie natomiast wypada drugi plan. Z jednej strony mamy świetnego Richarda Harrisa w roli Marka Aureliusza, z drugiej zaś – mało przekonującą Connie Nielsen, czyli filmową Lucillę, siostrę cesarza. Całości dopełniają zaś nieźle zagrane, ale niczym nie powalające kreacje Proxima (w tej roli Oliver Reed) oraz gladiatora Juby (Djimon Hounsou).

Oprawa wizualna „Gladiatora” jest dziś nie mniej imponująca, co w momencie premiery. Rewelacyjnie poradzono sobie ze scenografią, wiernie i drobiazgowo odtwarzając nastrój i wygląd antycznego Rzymu. Oglądając bitwy Rzymian z barbarzyńcami, sceny na targach niewolników i w pełnych przepychu pałacach, a zwłaszcza – w świetnie zrekonstruowanym Koloseum, na arenie, można odbyć istną podróż w czasie. Zachwycają również starcia samych gladiatorów. Kommodus był jednym z tych cesarzy, którzy szczególnie umiłowali sobie ten rodzaj rozrywki i zasłynął jako organizator szczególnie wymyślnych, krwawych igrzysk. W „Gladiatorze” znajduje to pełne potwierdzenie. Walczący, odtwarzając zwycięskie dla Rzymian bitwy jeszcze z czasów republiki i wojen punickich, toczą nie tylko chaotyczne pojedynki, ale również istne batalie z wykorzystaniem broni miotającej, rydwanów i dzikich bestii. Wszystko to zostało zaś sprawnie sfilmowane przez Johna Mathiesona, zaś atmosferę towarzyszącą seansowi podkreślają urzekające kompozycje muzyczne, będące dziełem Lisy Gerrard i Hansa Zimmera.

„Gladiatora” często umieszcza się dziś w kanonie najwybitniejszych hollywoodzkich produkcji wszechczasów. Film Ridley’a Scotta zdobył pięć Oscarów, dwa Złote Globy, pięć BAFT i Złotą Kaczkę, a także szereg pomniejszych filmowych nagród przyznawanych przez mniej prestiżowe instytucje. O tym, czy wszystkie te laury „Gladiator” otrzymał zasłużenie, najlepiej przekonać się samodzielnie, dając filmowi szansę i decydując się na długi, bo dwuipółgodzinny seans. Z pewnością nie będzie to czas stracony, gdyż nawet dostrzegając fabularne uproszczenia i niedostatki produkcji, trudno nie docenić kapitalnej, do dziś budzącej zachwyt wizualnej oprawy opisywanego dzieła.

Ocena: 4/5

Dyskusja