Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

CRYSIS: Eskalacja – fragment 3

Doktor Herman Asher był zszokowany widokiem nowej szefowej ochrony wykopaliska. Żylasta Afroamerykanka na wygolonej głowie miała coś w rodzaju irokeza zaplecionego w warkoczyki. W obu uszach nosiła liczne kolczyki, w lewym dodatkowo tunel. Kolczyk błyszczał też w jej nosie. Miała na sobie wojskowe buty, polowe spodnie i przydziałową kamizelkę kuloodporną CELL – rozpiętą i odsłaniającą biały T-shirt. Na T-shircie widniały napisy „London Calling” oraz „Clash” , a także wizerunek mężczyzny roztrzaskującego gitarę o ziemię. Na wszystko to

Gavin Smith
CRYSIS: Eskalacja
Przekład: Przemysław Bieliński
© 2013 Insignis Media. Wszelkie prawa zastrzeżone
Fragment 3/4

Archeologia
Petersburg, 2024
Doktor Herman Asher był zszokowany widokiem nowej szefowej ochrony wykopaliska. Żylasta Afroamerykanka na wygolonej głowie miała coś w rodzaju irokeza zaplecionego w warkoczyki. W obu uszach nosiła liczne kolczyki, w lewym dodatkowo tunel. Kolczyk błyszczał też w jej nosie. Miała na sobie wojskowe buty, polowe spodnie i przydziałową kamizelkę kuloodporną CELL – rozpiętą i odsłaniającą biały T-shirt. Na T-shircie widniały napisy „London Calling” oraz „Clash” , a także wizerunek mężczyzny roztrzaskującego gitarę o ziemię. Na wszystko to założyła wytarty, stary płaszcz.
– Panno Cross, co ma oznaczać pani wygląd? – spytał ostro Asher.
– To punk rock – poinformowała Amanda nadzorującego prace obleśnie grubego okularnika o świńskiej aparycji. Miała trzynaście lat, kiedy wkradła się do klubu CBGB przy ulicy Bowery, w Lower East Side, na ostatni organizowany tam koncert. Po Nowym Jorku, kiedy uświadomiła sobie, że jej kariera dobiegła końca, a ona sama ma to gdzieś, postanowiła wrócić do dawnego stylu. Przypominał jej, że miała jakąś osobowość poza CELL. Teraz jednak bardziej martwiło ją poskręcane ciało komandora podporucznika Johna Waltersa, leżące na ziemi przy Stanowisku D.
Głowa Waltersa była wykręcona o pełne sto osiemdziesiąt stopni. Miał zmiażdżoną klatkę piersiową; wyglądała tak, jakby coś bardzo mocno uderzyło go w żebra. Amanda sięgnęła do jednej z kieszeni i wyciągnęła z niej parę chirurgicznych rękawiczek oraz długopis. Przyjrzała się ranie na piersi Waltersa i potwierdziła to, czego się spodziewała.
– Umarłby od uderzenia w pierś, ale zginął w chwili, w której wykręciło mu głowę. Mikey, sprawdź jego grendela.
Mikey zsunął swoje przydziałowe rękawice, które zostawiłyby włókna na karabinie szturmowym leżącym obok Waltersa, i nałożył lateksowe, podane mu przez Amandę. Sprawdził magazynek.
– Brak sześciu pocisków – powiedział. Zgadzało się to z liczbą leżących na ziemi wystrzelonych łusek. Amanda rozejrzała się po małej jaskini. Wychodziły z niej co najmniej trzy tunele. Duża część podłogi została odłupana i stali w wykopach pełnych technologii obcych.
Amanda przypatrzyła się ułożeniu zwłok, potem rozejrzała się dookoła. Wskazała jeden z wylotów tuneli.
– Alan, sprawdź tamto miejsce, może znajdziesz ślady po kulach.
Alan włączył latarkę przymocowaną do szyny swojego grendela i poszedł we wskazanym kierunku.
– Spodziewam się, że będzie się pani przynajmniej stosować do podstawowych wymogów CELL dotyczących ubioru – odezwał się Asher.
– No i? – spytała Amanda z roztargnieniem.
– Słucham? – naukowiec zająknął się z niedowierzaniem, czując wzbierającą złość. Cross westchnęła i podniosła na niego wzrok. Nie sądziła, żeby dane jej było go polubić. Zawsze dziwili ją tacy ludzie. Dlaczego za wszelką cenę usiłowali uprzykrzyć życie tym, którzy mogli ich bez trudu stłuc na miazgę? Obok tłustego, małego naukowca stało dwóch żołnierzy ochrony. Jednym z nich była Safiya, francuska Algierka w trzecim pokoleniu, która pracowała już kiedyś z Amandą. Poprzednio służyła w marsylskiej policji. Drugiego żołnierza – cherlaka o króliczych zębach – nie znała.
– Założę na moment, że nie jest pan skończonym durniem – powiedziała Asherowi Amanda – i że zwłoki szefa pańskiej ochrony, które tu leżą, nie umknęły pańskiej uwadze. Jak również i to, że to już drugi trup na pana zmianie…
– Na zmianie komandora porucznika Waltersa… – poprawił ją Asher. Jasne, zwal winę na kogoś innego, pomyślała Amanda.
– W dupie pan ma, jak jestem ubrana. Chce mnie pan zgnoić, ustalić hierarchię. Dajmy sobie z tym spokój. Pan robi swoje, ja robię swoje i oboje staramy się jak najmniej nawzajem się wkurzać.
Asher patrzył na nią wybałuszonymi oczyma. Po raz kolejny nie potrafił pojąć, czemu te na wpół piśmienne małpoludy koniecznie muszą się odzywać, kiedy wymaga się od nich tylko tego, żeby robiły to, co każą im ludzie mający nad nimi intelektualną przewagę.
– Ojej… – powiedział z udawanym smutkiem. – Zaszło chyba jakieś nieporozumienie. Postaram się zatem objaśnić sytuację najprościej, jak umiem. Ma pani robić to, co pani każę i kiedy pani każę, i robić to bez pytania.
Amanda spojrzała na niego. W jej oczach nie było złości, tylko znużenie.
– Nie – odparła krótko. Asher zaczął przybierać zabawny odcień czerwieni. Cross przypuszczała, że od podwładnych rzadko słyszał to słowo. – Niech pan posłucha: próbowałam już zabawy w karierę w tej zasranej branży. Nie wyszło. Nie ma mi pan czym zagrozić. Nie podobam się panu? Niech mnie pan odeśle, albo nawet zwolni, żałosny mały wieprzku.
Zębaty członek ochrony Ashera zaskarbił sobie względy Amandy, starając się nie parsknąć śmiechem.
Asher robił się już bordowy, ale ostatecznie zdołał nad sobą zapanować.
– Ma pani rodzinę w Nowym Jorku, prawda, panno Cross? – spytał z uśmiechem.
– Miałam, dopóki CELL nie wysiedliła jej stamtąd pod pretekstem jakichś swoich tajnych działań. Niech pan sobie tylko wyobrazi, jak wszyscy są dla mnie za to mili na rodzinnych przyjęciach.
Amandzie nie podobało się, dokąd zmierzała ta rozmowa. Za nic nie potrafiła pojąć, czemu Kongres powierzył CELL kontrolę nad zrujnowanym miastem po bałaganie, jakiego korporacja narobiła tam podczas kwarantanny.
– Zdaje mi się, że pani bliscy przebywają w obozie dla uchodźców tuż pod Sleepy Hollow. Mogę im bardzo utrudnić życie, podobnie zresztą jak członkom pani zespołu.
Amanda spojrzała na niego z niedowierzaniem. Poczuła ten zimny gniew, który wzbierał w niej za każdym razem, kiedy ktoś groził bliskim jej ludziom. Nie wybuchaj, powiedziała sobie, graj na czas.
– Szefowo – zameldował Alan, wracając. Amanda była wdzięczna za tę naturalną konieczność zmiany tematu. Bała się już, że powie albo zrobi coś bardzo głupiego i być może brutalnego. – Trzy kule wbite w ścianę. Ciasno skupione. Pozostałych dwóch nie znalazłem. Pewnie poleciały tunelem głębiej w kompleks jaskiń. Mogę pójść ich poszukać.
Amanda już kręciła głową.
– Nie ma mowy. Jak idziemy, to kupą. – Alanowi wyraźnie ulżyło. – Powiedziałeś dwóch? – Żołnierz podniósł coś w dłoni. – No nie, co ci mówiłam o obchodzeniu się z dowodami rzeczowymi? – spytała Cross zbolałym tonem. Mikey wyszczerzył zęby w uśmiechu, a Alan zrobił zawstydzoną minę. Amanda wzięła od niego przedmiot i obejrzała go z bliska.
– Rozpłaszczony pocisk pełnopłaszczowy kalibru 6.8 mm z grendela. Standardowy, bo CELL nie nauczyła się jeszcze, żeby niedoszkolonym debilom, których zatrudnia jako żołnierzy, wydawać amunicję o niskiej prędkości wylotowej. Uderzył w ścianę jaskini.
Ale już w chwili, kiedy to mówiła, wiedziała, że coś się nie zgadza.
– Sęk w tym, szefowo, że znalazłem go w samym środku wylotu tunelu – powiedział Alan.

Dyskusja