Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Noc żywych Etrusków – recenzja filmu „Cmentarzysko”

Zliczenie wszystkich horrorów opowiadających o zombie byłoby karkołomnym zadaniem, nawet dla najbardziej oddanych miłośników tego gatunku. Niemal każdy powstały za oceanem hit o żywych trupach pociągał za sobą niezliczone ilości mniej lub bardziej udanych klonów, z których wiele powstało na Starym Kontynencie. Jako, że starcia z ożywionymi zwłokami to nie przelewki, twórcy tych filmów zazwyczaj podchodzili do tematu ze śmiertelną powagą. Jednym z wyjątków był Andrea Bianchi. Dysponując skromnym budżetem, stworzył obraz, który trudno odczytywać inaczej, niż jako pastisz, wypunktowujący najbardziej charakterystyczne elementy konwencji „zombie movie”.

Fabuła „Cmentarzyska” okazuje się urzekająca w swojej prostocie, będąc tak naprawdę pretekstem do ukazania zmagań bohaterów z umarlakami. W scenie otwierającej film widzimy wiekowego profesora Ayresa, badającego starożytny etruski grobowiec. Naukowiec przez przypadek uszkadza jeden z kamieni przy płycie nagrobnej, czym budzi do życia pochowanych w krypcie zmarłych. Zombie bezlitośnie się z nim rozprawiają, po czym opuszczają miejsce spoczynku i wychodzą na powierzchnię. W tym samym czasie do będącej własnością profesora pobliskiej rezydencji przybywają w odwiedziny trzy zamożne pary. Mark i Janet, James i Leslie oraz George i Evelyn wraz z synem Michaelem. Nie zastając gospodarza, postanawiają mimo wszystko rozgościć się u niego w domu, a oczekiwanie na przybycie profesora umilić sobie łóżkowymi zabawami i wycieczkami po malowniczej okolicy. Sielankową atmosferę przerywa pojawienie się hordy żądnych ludzkiego mięsa ożywieńców, zmuszające gości profesora Ayresa do stawienia czoła śmiertelnemu niebezpieczeństwu.

Trudno chyba znaleźć przykład zalążka fabuły bardziej typowego dla filmu tego rodzaju. Oto sympatyczna wycieczka, mająca być dla bohaterów okazją do odświeżenia przyjaźni ze znajomym naukowcem, ale także zaznania zmysłowych przyjemności w gustownie urządzonej rezydencji w otoczeniu urzekających plenerów, przeistacza się w istny horror. Świadomym zabiegiem twórców, wzmacniającym wrażenie obcowania z dziełem żerującym na tandetnych i oklepanych rozwiązaniach z podobnych filmów, są banalne, niekiedy wręcz groteskowe dialogi, a także pozbawione logiki poczynania bohaterów, prędzej czy później prowadzące ich w objęcia śmierci. Choć na ogół przypisuje się zombie tępotę i kierowanie się najbardziej prymitywnymi instynktami, to w „Cmentarzysku” ożywieńcy są znacznie bystrzejsi od swoich ofiar. Podczas gdy ludzie potrafią nieopatrznie zamknąć sobie drogę ucieczki, zabarykadowawszy się uprzednio przed zgrają umarlaków, zombie świetnie ze sobą współpracują – do wyważania drzwi używają prowizorycznych taranów, wspinają się po rynnach i przebierają w szaty zakonników, a gdy nie są w stanie wyciągnąć swojej ofiary przez okno w całości, stawiają na minimalizm i zadowalają się jej głową.

Kiczowatość zastosowanych rozwiązań jest również mocno zaznaczona w charakteryzacji ożywieńców. Wszystkie one ubrane są w poobdzierane, jednolite stroje, niewykazujące żadnych podobieństw do odzieży noszonej przed wiekami przez etruskie elity. Ich maski sprawiają natomiast wrażenie, jakby zostały zakupione przez twórców na pierwszy lepszym bazarze tuż przed Halloween (jakim cudem, u diaska, przez te setki lat u niektórych truposzy zachowały się niemal nietknięte gałki oczne?!). Co ciekawe, sceny z udziałem zombie zostały przez Gianfranco Maiolettiego świetnie sfilmowane. Wrażenie robią zwłaszcza liczne zbliżenia na ich sylwetki i twarze. Zmysł operatorski Maiolettiego sprawia, że pomimo swojej „gumowatości” i sztuczności, umarlaki w „Cmentarzysku” wyglądają w niektórych scenach naprawdę upiornie!

Całości obrazu dopełnia psychodeliczna muzyka, towarzysząca niemal każdej scenie z udziałem zombie, a także gra aktorów, których warsztatowe zdolności stoją na podobnie absurdalnym poziomie, jak pozostałe elementy filmu. Wystarczy wspomnieć, że znaczną część obsady stanowią włoskie gwiazdy kina erotycznego, obowiązkowo odpowiednio urodziwe. Aktorki, takie jak Antonella Antinori czy Mariangela Giordano, imponują raczej aparycją niż grą. Warto jednak zwrócić na kreację Michaela. Rolę dwunastoletniego syna Evelyn, którego erotyczne żądze z niejasnych przyczyn ukierunkowane są na piękną matkę, zagrał Peter Bark ¬– karzeł, który w chwili premiery filmu

miał na karku niemal trzydzieści wiosen. Choć jego rola ogranicza się do nieustannego adorowania rodzicielki i chowania za jej spódnicą w obliczu jakiegokolwiek niebezpieczeństwa ze strony zombie, zdołał stworzyć przekomiczną, a jednak na swój sposób niepokojącą kreację. Dla wielu widzów będzie ona prawdopodobnie jedyną, jaką zapamiętają z seansu.

Choć niemal każdy element „Cmentarzyska” nosi w sobie znamiona kiczu, to trzeba powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda! Andrea Bianchi, wziąwszy na warsztat konwencję „zombie movie”, zdecydował się nie robić kolejnego, śmiertelnie poważnego klonu „Nocy żywych trupów” czy „Zombie pożeraczy mięsa”, lecz w krzywym zwierciadle uwydatnić jej fundamentalne założenia i powtarzające się motywy – co udało mu się w pełni. I chociaż zwrotów akcji jest tu jak na lekarstwo, przez co kilkakrotnie tempo narracji robi się niepokojąco senne, to dla fanów żywych trupów „Cmentarzysko” pozostaje pozycją wręcz kanoniczną, z którą prędzej czy później trzeba się zapoznać.

Film wyświetlany był w ramach drugiej edycji poznańskiego „Horror Ataku”.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja