Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Rozpusta na wielkim ekranie – recenzja „Kaligula”

Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy włoski reżyser Tinto Brass, znany dotychczas z tanich filmów erotycznych, stanął przed niepowtarzalną szansą nakręcenia wysokobudżetowej produkcji, przedstawiającej historię jednego z najbardziej zdegenerowanych cesarzy w historii Rzymu – Kaliguli. Scenarzystą miał zostać kontrowersyjny pisarz Gore Vidal, a producentem – Bob Guccione, właściciel popularnego magazynu erotycznego „Penthouse”. Na efekt tej niecodziennej współpracy trzeba było czekać ponad cztery lata. 14 sierpnia 1979 roku swoją premierę miał jeden z najbardziej szokujących i kontrowersyjnych filmów w historii kina.

Akcja przenosi widza do lat trzydziestych pierwszego wieku naszej ery, kiedy wskutek podstępnego morderstwa ginie wiekowy rzymski cesarz, Tyberiusz. Następcą zostaje zamieszany w zbrodnię młodzieniec o przydomku Kaligula. Nowy władca szybko zyskuje sobie poklask wśród poddanych, organizując kosztowne, ale niezwykle widowiskowe igrzyska. Jego dwór wnet staje się jednak siedliskiem rozpusty, a kolejne życiowe tragedie popychają go do obłędu. Początkowo łagodny i nieskory do przemocy, nagle zaczyna znajdować uciechę w zadawaniu okrucieństw. Lekkoduszna i rozrzutna polityka cesarza sprawia, że skarb imperium szybko zaczyna świecić pustkami. Chcąc podreperować budżet Rzymu, Kaligula nastaje na bogactwa najbardziej szanowanych obywateli, pod byle pretekstami dokonując konfiskat ich mienia. Będzie to pierwszy gwóźdź do jego trumny.

„Kaligula” to najgłośniejszy film w całym dorobku Tinto Brassa, do dziś budzący wiele spornych emocji. Jednak tuż po jego premierze niemal cała krytyka wypowiadała się o nim w jednakowym tonie, nie pozostawiając na produkcji suchej nitki. Zarzuty dotyczyły wielu aspektów dzieła. Podkreślano banalną konstrukcję scenariusza i jego niezgodność z historycznymi faktami. Koncentrowano się jednak na szokujących treściach i obrazach, w które „Kaligula” obfitował. To one sprawiły, że film Brassa nie zginął w mrokach historii, a wręcz przeciwnie, po dzień dzisiejszy jest przedmiotem ożywionej debaty krytyków.

Wystarczy obejrzeć pierwszy kwadrans projekcji, by przekonać się, skąd te wszystkie kontrowersje. Chociaż współczesny widz różni się pod względem mentalności od tego, który mógł oglądać „Kaligulę” krótko po premierze, a wiele tematów, jakie przed trzydziestoma laty stanowiły tabu i były zamiatane pod dywan, dziś przedostały się do ogólnego dyskursu, to seans filmu Tinto Brassa dla znacznej części widzów i tak okaże się szokującym przeżyciem. Dzieło to ocieka wręcz erotyką, która występuje tu niemal na każdym kroku. Nagie ciała, zarówno pięknych kobiet jak i dobrze zbudowanych mężczyzn, pojawiają się tu niemal w każdej scenie, jeśli nie na pierwszym planie, to chociaż w tle, gdy w negliżu prezentują się odbiorcom dziesiątki statystów. Wszechobecna nagość to jednak nic w porównaniu ze scenami typowo pornograficznymi, których również tutaj nie brakuje. W niektórych scenach, by przypomnieć gwałt tytułowego bohatera na wybrance jednego z wiernych pretorianów, kamera nie pokazuje widzowi anatomicznych szczegółów. Nie brakuje jednak i takich, gdzie nagie, wypełniające większość kadru penisy giną w ustach porno-aktorek, pieszczących je aż do białego i lepkiego finału. A podobne przykłady można by mnożyć.

Oczywiście niejeden widz, będąc świadkiem takich obrazów, stwierdzi, iż Brass przekroczył w swoim filmie granice dobrego smaku, posuwając się do scen rodem z tanich pornosów. Będzie w tym dużo racji, choć zauważyć trzeba również, iż scenarzystą tych, które okazują się najbardziej skandalizujące, był sam cesarz Kaligula. Źródła historyczne, w których się pojawia, podają wszak wystarczająco dużo perwersji i bezeceństw. Wystarczyło, by Gore Vidal wybrał zaledwie garść z nich i umieścił w scenariuszu, by obraz wywoływał tak duże emocje. A przecież to jedynie skromna część tego, czego zwykł dopuszczać się przed wiekami osobnik, w którego wcielił się tu Malcolm McDowell.

„Kaligula” szokuje nie tylko seksem, ale i drastycznością. Przemoc w filmie Tinto Brassa przyjmuje różne oblicza. Jednego razu oglądamy sceny skrytobójstw, przy innej okazji – stronników cesarza, okaleczanych na jego własne polecenie. Iście dantejskie sceny mają zaś miejsce podczas organizowanych przez Kaligulę igrzysk, kiedy to na wrogach politycznych władcy, zakopanych na arenie aż po szyję w ziemi, dokonywane są brutalne egzekucje wykonywane z użyciem wymyślnych, służących zadawaniu cierpień i śmierci mechanizmów. Tinto Brass nie zmusza widza do oglądania rozlewających się na lewo i prawo wnętrzności czy krwi tryskającej na wszystkie strony, jednak pomysłowość scenarzystów, którzy przewidzieli liczne sceny śmierci i tortur, zasługuje na uznanie.

Jednym z największych atutów „Kaliguli” jest doskonale odwzorowana dekadencka atmosfera panująca w Rzymie za panowania tego władcy. Zamiast politycznych decyzji jesteśmy świadkami perwersyjnych orgii, zamiast odpowiedzialnego dysponowania bogactwem zgromadzonym w skarbcu – widzimy lekkomyślne zaprzepaszczanie imponującego dorobku poprzednich cesarzy. Wreszcie, zamiast błyskotliwego i ambitnego rządcy, poznajemy stopniowo popadającego w obłęd degenerata, który woli realizować własne, chorobliwe żądze, aniżeli przejmować się losem cesarstwa. Na pierwszy rzut oka taki obraz Kaliguli zgodny jest z historycznymi faktami oraz wyobrażeniem tej postaci, jakie utrwaliło się pamięci potomnych. W filmie zabrakło jednak głębszej refleksji nad tą postacią. Kaligulę ukazano od początku jako demona w ludzkiej skórze, tymczasem dobrze wiemy z historii, iż człowiek ten zmienił się pod wpływem licznych tragedii, których doświadczył. Nie od razu był okrutnikiem. Przemiany tej, niestety, w filmie nie zaznaczono. Pokazano, jak wielkim Kaligula był okrutnikiem i degeneratem, nie wyjaśniono jednak wagi pewnych wydarzeń i postaci, które spotykamy w jego biografii.

Pamiętną, tytułową rolę zagrał Malcolm McDowell. Ten sam, który kilka lat wcześniej zasłynął rewelacyjną kreacją Alexa de Large’a w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka. Chociaż John Huston i Lina Wertmuller, których pierwotnie widziano w charakterze reżyserów filmu, do roli Kaliguli chcieli zaangażować Jacka Nicholsona, Tinto Brass odżegnał się od tego zamiaru, dając McDowellowi kolejną szansę na zabłyśnięcie kontrowersyjną rolą, co ten doskonale wykorzystał, sprawnie radząc sobie z powierzonym zadaniem. Można powiedzieć, że pozostali aktorzy stanowią jedynie tło dla jego występu. Jednak także wśród nich kilka osób zasługuje na szczególna wyróżnienie. Żonę Kaliguli, Cezonię, zagrała Helen Mirren. Bardzo dobrze spisała się jako charyzmatyczna i przebiegła matrona, która – według znanych nam dziś źródeł historycznych – choć niespecjalnie piękna, skłoniła do siebie cesarza frywolnym podejściem do łóżkowych harców. Udział Helen Mirren w scenach erotycznych nie jest jednak tak częsty, jak sugerowałby to życiorys odgrywanej przez nią postaci. Zupełnym jej przeciwieństwem jest Drusilla, siostra Kaliguli, którą cesarz szczególnie sobie umiłował. Aktorskie curriculum vitae odgrywającej ją Teresy Ann Savoy zawiera zaledwie kilkanaście pozycji, a po udziale w „Kaliguli” Savoy, wbrew oczekiwaniom, nie zrobiła większej aktorskiej kariery. A jednak w filmie Tinto Brassa zaprezentowała się z bardzo dobrej strony.

„Kaligula” imponuje również pod względem rozmachu produkcji. Do filmu, który powstawał przez blisko cztery lata, zaangażowano ponad 2500 osób. Ów rozmach jednak najlepiej widać w scenografii i kostiumach. W obrazie Brassa panuje istny przepych. Kadry pełne są najrozmaitszych, starannie wykonanych rekwizytów, począwszy od waz i malowideł, na broni i meblach kończąc. Uwagę zwracają również piękne kostiumy. Na potrzeby filmu uszyto ich ponad 3500. I chociaż niekiedy całość przypomina bardzo bogatą scenografię teatralną, nie zaś filmowy plener, to przyznać trzeba, iż widz na każdym kroku i w każdej niemal scenie przekonuje się, że element ten pochłonął znaczną część budżetu przeznaczonego na całe przedsięwzięcie.

„Kaliguli” nie można w sposób jednoznaczny polecić, bądź przestrzec przed jego oglądaniem. Nie ma jednak wątpliwości, że jako jeden z najbardziej kontrowersyjnych i szokujących filmów w historii, powinien być obiektem zainteresowania każdego miłośnika kinematografii. Część nie zobaczy w filmie Brassa nic ponad prymitywną, pełną przemocy i pornografii eksploatację, innym na pewno spodoba się przekonujący, dekadencki obraz antycznego Rzymu, podupadającego wskutek rządów obłąkanego władcy. Tak czy inaczej, warto mieć własną opinię na jego temat.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja