Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Rycerze Świętego Wita” – recenzja

Arcydzieło wspomnień kontra choroba

Komiks, jako dziedzina sztuki, większości kojarzy się z super-bohaterami lub opowieściami S-F. W ostatniej dekadzie liczne albumy historyczne – traktujące np. o II Wojnie Światowej, Holokauście czy innych poważnych zagadnieniach z przeszłości – trochę zmieniły tę obiegową opinię. Jednak nadal niewiele publikacji mówi o tak trudnym temacie, jakim jest choroba. Jednym z wyjątków jest komiks „Rycerze Świętego Wita”. Jak sam tytuł wskazuje – opowiada o epilepsji.

Ta ciężka choroba cechuje się nagłymi i niekontrolowanymi napadami padaczkowymi. Są one wyrazem przejściowych zaburzeń czynności mózgu, polegających na gwałtownych i nagłych skurczach mięśni. Chory w trakcie napadów nie jest w stanie kontrolować swojego ciała, przez co może np. udusić się lub uderzyć głową o krawędź mebla.
Konsekwencje tej poważnej choroby są najmocniej odczuwalne, gdy dotyczy ona kogoś z grona naszych najbliższych. W omawianym komiksie dotknęła brata głównego bohatera.

„Rycerze Świętego Wita” są komiksem autobiograficznym artysty „Davida B” (w rzeczywistości: Pierre-Francois). Historie opisane w tym dość pokaźnych rozmiarów albumie są przedstawione właśnie z jego perspektywy. Poukładane chronologicznie, opowiadają o jego życiu: dzieciństwie, okresie dorastania i wieku młodzieńczym. A wszystko to w cieniu choroby.

Głównego bohatera poznajemy w najwcześniejszym okresie, jaki autor umiał przywołać z mroków pamięci, czyli w roku 1964. Mieszkał wówczas w Orleanie z rodzicami, siostrą Florence i bratem Jean –Christophem. To właśnie u niego w wieku siedmiu lat zaczęły się ataki padaczki, które miały mu towarzyszyć już do końca życia. Chłopcy początkowo uważali je za tornado, które ich porywa. Ale o ile u Dawida skończyło się na nocnych zwidach, to życie Jeana-Christophe’a zmieniło się na zawsze.

Oczywiście rodzice chłopca próbowali wszelkich sposobów, aby ratować swoje dziecko ze szponów choroby. Od specjalnych szkół, alchemii, mistycyzmu czy psychiatrów począwszy na środowiskach makrobiotycznych skończywszy. Wyliczenie samych tylko „ostatnich desek ratunku” jest naprawdę trudne, co świadczy o desperacji rodziców.

Na tle choroby śledzimy kolejne etapy życia Davida i jego brata. W zależności od wieku chłopcy różnie podchodzili do zagadnienia Tańca Świętego Wita. Autor przyznaje, że często bywał względem brata złośliwy i okrutny, wykorzystując jego napady w sposób, na jaki mogą wpaść tylko dzieci nieświadome powagi sytuacji. Jednak nie ma co ukrywać, że Jean chował się za maską choroby, usprawiedliwiając takie cechy jak lenistwo czy agresja.
Ale nie tylko o tym traktuje ten komiks. Opowiada o różnych stronach ich życia – o młodzieńczej fascynacji historią, wojną i dziedzinami pokrewnymi; o radzeniu sobie ze śmiercią dziadka – pierwszej bliskiej Davidowi osoby, która odeszła. Chłopiec nie mogąc sobie z tym poradzić wyobraża go sobie jako ducha ptasią głową.

Kartkując kolejne stronice zagłębiamy się w psychikę narratora. W to, jak radzi sobie ze światem zewnętrznym, własnymi emocjami i największym problemem jego rodziny – nieuleczalną chorobą. Chłopak niejednokrotnie ubiera mentalne zbroje – na kolejnych etapach życia przyjmują różne formy.

Fabuła przedstawiona jest w sposób retrospekcyjny, więc jest bardzo duża ilość tekstu narracyjnego – umieszczonego w ramkach. Partie dialogowe są pod względem częstotliwości raczej w opozycji. Komiks nabiera przez to statyczności, ale taki ma przecież być. W końcu jest opowieścią o życiu autora.

Pierwotnie komiks publikowany był w częściach. Należy zwrócić tu uwagę, że w tkaniu swej opowieści David B. czasami przeskakuje do czasu teraźniejszego. Czasami jego najbliżsi właśnie z komiksu dowiadują się o prawdziwych uczuciach, które towarzyszyły mu np. w okresie dziecięcym. Mówią: „Tak było? Tak się czułeś? A wydawałeś się taki pogodny”.

Od strony fabularnej „Rycerze Świętego Wita” okazują się naprawdę doskonałym dziełem. Nawet podczas kolejnego czytania można odkryć wiele wątków pobocznych, co świadczy tylko o jego wielopoziomowości. A jak jest od strony graficznej? I tu czytelnik nie będzie rozczarowany. Autor jest przede wszystkim rysownikiem, o czym oczywiście dowiadujemy się śledząc jego opowieść. Całe życie rysuje – od wojen i rycerzy, przez duchy i mary, kończąc na własnych opowieściach graficznych i komiksach. I to właśnie widać w jego rysunkach – doskonałą wprawę.
Kreska, chociaż oszczędna i na pierwszy rzut oka raczej schematyczna, wcale taka nie jest. To właśnie w tej prostocie kryje się cały kunszt warsztatu graficznego. Artysta przede wszystkim wprowadza bardzo dużo symboliki i metaforycznych wizerunków.

Przykładowo: chorobę brata widzi jako wielkiego smoka, bestię, czasami jako górę, na której nie wiadomo co jest. Przedstawia także zmyślonych przyjaciół z dzieciństwa – ducha dziadka o ptasiej głowie czy trójkę bohaterów literackich: Diabła, Kota i Trupa z „Najnowszych opowieści Kandeblaryjskich’.

Równie symbolicznie przedstawia znachorów i innych mędrców czy lekarzy, którzy usiłują wyleczyć małego epileptyka. Jednych widzi jako duże koty, innych przedstawia jako ludzi z przylepionymi, sztucznymi uśmiechami. Ta wymowność dużo mówi o nastawieniu narratora do napotykanych postaci.

„Rycerze świętego Wita” to komiks będący dziełem, co tu dużo mówić, wybitnym. Lecz nie ma co ukrywać – ten komiks nie należy do łatwych. Uczciwiej jest powiedzieć, że jest to bardzo trudna i wymagająca lektura, ale ilość zalet zarówno scenariusza (pisanego przecież przez samo życie), jak i sposobu przedstawienia i rysunku, rekompensuje to nawet z naddatkiem. Warto wspomnieć, że wydane na ten album 119zł nie będzie zmarnowane.

Dyskusja