Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Złotowłose i upiorna opiekunka – recenzja „Mama”

Kiedy w 2008 roku początkujący hiszpański reżyser, Andres Muschietti, pokazał światu krótkometrażowy horror „Mama”, nie przypuszczał zapewne, że zwróci na siebie uwagę samego Guillermo del Toro. Trwający zaledwie trzy minuty film zachwycił twórcę „Labiryntu Fauna” do tego stopnia, że wraz z wytwórnią Universal podjął się wyprodukowania pełnometrażowej wersji. Muschietti otrzymał życiową szansę. Czy wykorzystał ją należycie?

Trwający ponad półtorej godziny film twórczo rozwija wątki znane z pierwowzoru. W pierwszych scenach widzimy zaaferowanego mężczyznę w pośpiechu pakującego do samochodu swoje kilkuletnie córeczki – Vicorię i Lilly. Uciekając z miasta pędzi po zaśnieżonej drodze i nagle wpada w poślizg. Choć wypadek wygląda poważnie, wszyscy wychodzą z niego cało. Maszerując przez pobliski las docierają do opuszczonej chałupy. Ojciec dziewczynek, który wcześniej brutalnie zamordował swoją żonę, zamierza zrobić to samo ze swoimi córkami. W chwili gdy szykuje się do pierwszego śmiertelnego strzału, dziewczynkę niespodziewanie ratuje zamieszkujące dom monstrum.

Właściwa akcja filmu zaczyna się pięć lat po opisanych wydarzeniach. Policja dawno już przestała wierzyć w możliwość odnalezienia zaginionych dziewczynek. Akcje poszukiwawcze w dalszym ciągu prowadzi jednak brat ich ojca – Lucas. Pewnego dnia dziewczynki cudownie się odnajdują. Są brudne, zdziczałe i oduczone ludzkich zachowań, ale żywe. W trudzie ponownego przysposabiania ich do życia w społeczeństwie Lucasowi towarzyszy jego ukochana – Annabel. Podczas prowadzenia terapii jedna z dziewczynek wyjawia, że przeżycie w leśnej dziczy umożliwiła im tajemnicza istota, którą nazywa „mamą”. Szybko okazuje się, że początkowa diagnoza – wskazująca na syndrom wyimaginowanego przyjaciela – jest niesłuszna, a wraz z bratanicami w domu Lukasa zamieszkał zazdrosny o nowych opiekunów upiór.

Jeśli ktoś spodziewał się, że firmowany nazwiskiem del Toro film będzie równie oryginalny i nietuzinkowy jak jego pozostałe dzieła, może spotkać go rozczarowanie. Wyłączywszy ciekawy pomysł związany z wychowaniem dziewczynek z dala od ludzkiej cywilizacji, wytrawny miłośnik kina grozy nie uświadczy tu żadnego świeżego motywu. Opuszczone domy w leśnej głuszy, dzieci skrywające mroczne tajemnice, opętania, ćmy symbolizujące zło czy upiory powyginane w pokracznych pozach – wszystko to już było (i to nie raz i nie dwa). Jednak Maschietti udowadnia, że nawet bazując na tak ogranych schematach i rozwiązaniach można nakręcić film, w przypadku którego wtórność nie będzie rzutowała zbytnio na ogólny odbiór dzieła.

Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze – „Mama” posiada kilka niedociągnięć rzucających się w oczy bardziej, aniżeli oklepane rozwiązania. Należy do nich średniej jakości wykonanie tytułowej postaci. Upiór, zwłaszcza w scenach ze zbliżeniami, wygląda raczej groteskowo, niż przerażająco. Po drugie – naciągana wydaje się również jego historia. Tragizm postaci niespecjalnie udziela się widzowi, który gotów jest raczej bez znużenia kibicować wysiłkom ślicznej Annabel, niż pokusić się o jakąkolwiek empatię wobec Mamy. Spore zarzuty można mieć także wobec zakończenia, na które Muschiettiemu wyraźnie zabrakło ciekawego pomysłu.

Z powyższych słów mogłoby wynikać, że seans „Mamy” nie wzbudzi u miłośnika kina grozy większych emocji. Nic bardziej mylnego! Pomimo niedoskonałości i wtórności scenariusza, Andres Muschietti dołożył wszelkich starań, by jego debiutanckie dzieło oglądało się z dreszczykiem. „Mama” straszy na różne sposoby. Nie brakuje tak zwanych jump-scen, uważanych powszechnie za metodę równie skuteczną, co trywialną. Filmowi jednak nie sposób odmówić klimatu. Dźwięk, muzyka (upiorna kołysanka pobrzmiewa w głowie jeszcze długo po wyjściu z kina!) i mroczna sceneria ukazana w obiektywie Antonio Riestry owocują ciężką, niemal namacalną atmosferą grozy.

Na szczególne słowa uznania zasługują Megan Charpentier i Isabelle Nelisse, które wcieliły się w Victorię i Lily. Mimo tak młodego wieku, dziewczynki rewelacyjnie poradziły sobie z wcale niełatwymi rolami, zdradzając ogromny potencjał. Dobrą kreację stworzyła także Jessica Chastain jako Annabel. Świetnie oddała nieco przymusową metamorfozę bohaterki z beztroskiej, skupionej na swoim muzycznym hobby, dziewczyny w odpowiedzialną opiekunkę. Rozczarowuje natomiast Nikolaj Coster-Waldau jako Lucas. Na ekranie pojawia się dość sporadycznie i nawet wtedy okazuje się niezbyt porywający w swojej roli.

„Mama” nie jest filmem w żaden sposób wyjątkowym czy odkrywczym, a jednak widzowie nie będą nim zawiedzeni. Chociaż scenariusz bazuje na sprawdzonych schematach, aktorstwo jest nierówne, a efekty specjalne jakby nie z tej epoki, to film posiada pewien nieodparty urok i mroczny klimat sprawiający, że kino opuszcza się bez cienia zażenowania. Andres Muschietti wystartował z niezłego, ponadprzeciętnego poziomu. Pozostaje liczyć na to, że hiszpański reżyser nie zmieni gatunkowych upodobań i w przyszłości uraczy nas jeszcze ciekawszymi, staranniej zrealizowanymi, a przede wszystkim bardziej oryginalnymi horrorami.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja