Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Filmowy Król

Światy filmu oraz literatury od lat żyją w swoistej symbiozie. Nie od dziś wiadomo, że bestseller gwarantuje przynajmniej przyzwoitą sprzedaż biletów na seanse kinowe, dobra ekranizacja daje natomiast książce drugie życie. Wystarczy tylko spojrzeć na spektakularne sukcesy, jakie w ostatnich latach osiągnęły „Władca Pierścieni”, „Harry Potter” czy też „Zmierzch”.

Oczywiście zdarzają się też ekranizacje finansowo mniej udane – choćby pierwszy z brzegu Atlas Chmur, który przy budżecie rzędu 100 mln USD zarobił „jedynie” 124 mln USD. Dla porównania: zdecydowanie bardziej niszowa „Kobieta w czerni” zarobiła prawie 128 mln USD, mając stosunkowo „niewielki” budżet 15 mln USD. Niezależnie od poziomu artystycznego i wyników finansowych „Atlasu chmur”, David Mitchell może być jednak bardzo zadowolony z ekranizacji, dzięki której jego książka na długie tygodnie powróciła na listy bestsellerów.

Miłość wzajemna

Szczególną miłością kina cieszy się zwłaszcza jeden autor – Stephen King. Jest on bodajże najczęściej ekranizowanym pisarzem w historii. Filmowy debiut prozy Króla nastąpił zaledwie dwa lata po książkowym debiucie pisarza – w 1976 r. na ekrany kin weszła klasyczna już adaptacja „Carrie”. Od tej pory niemalże co roku realizowanych jest kilka bardziej lub mniej udanych ekranizacji powieści i opowiadań „mistrza horrroru”, z czego większość to małe projekty, niemające żadnych szans przebicia. Nie brakuje jednak i wielkich holywoodzkich produkcji, które zawładnęły nie tylko masową świadomością widzów, ale zostały również docenione przez krytyków. Wystarczy tu wymienić choćby dwa „więzienne” klasyki – „Skazanych na Shawshank” i „Zieloną Milę”.

Fenomen przenoszenia Kinga na ekran wynika w dużej mierze z jego niezwykłej popularności. To jednak tylko część tajemnicy. Nie bez znaczenia pozostają też otwartość autora w stosunku do filmowców oraz zawrotne tempo pisania. Corocznie spod pióra pisarza wychodzi po kilka książek, dzięki czemu twórcy kina mają niemalże nieprzebrany zasób opowieści do wyboru. Dzięki temu nad adaptacjami różnych historii mogą pracować w jednym czasie zupełnie różne ekipy filmowe. Przykładowo, obecnie przygotowywana jest ekranizacja „Dallas ’63”, remake „Carrie” oraz nowa wersja „Tego”.

King jest ulubieńcem filmowców jeszcze z jednego powodu – pisarz ułatwia im życie, często pozostawiając wolną rękę twórczą. Jak pisał w liście otwartym, zamieszczonym przy okazji publikacji komiksowego prequela „Mrocznej Wieży”, zawsze był ciekaw co nowe formaty są w stanie zrobić ze starymi pracami. Mimo, iż zdaje sobie sprawę z tego, że część interpretacji będzie kiepska, to nie jest to istotne, ponieważ czytelnicy mogą powrócić do oryginalnej książki. Dlatego właśnie zgadza się często na nawet najbardziej szalone projekty, jak np. operowa wersja „Dolores Clairbone”.

Autor nie ogranicza się zresztą jedynie do udzielenia zgody na adaptacje, często aktywnie uczestniczy również w przygotowaniu filmu czy serialu. W swojej karierze był już scenarzystą, producentem, aktorem, a nawet reżyserem. To ostatnie doświadczenie chluby mu jednak nie przyniosło. Za swój pierwszy, i szczęśliwie jedyny, film Maksymalne przyspieszenie został zrównany przez krytyków z poziomem gruntu, miał też okazję, niewykorzystaną jednak, zostać laureatem „prestiżowej” Złotej maliny.

Jaka książka tworzy dobry film

Wartość artystyczna ekranizacji książek Króla, pozostawia często bardzo wiele do życzenia. Możnaby uznać, że jakość adaptacji jest bezpośrednim odzwierciedleniem jakości literatury na której bazują, i na tym zakończyć temat. W końcu większość książek autora to bardzo solidna, ale jednak literatura klasy B, a i sam pisarz określa siebie mianem „króla kiczu”. I rzeczywiście, również ekranizacje jego twórczości często są kiczowate. Tworzenie z tych przypadków reguły jest jednak zbyt dużym uproszczeniem, nieuwzględniającym wszystkich czynników wpływających na wartość filmu.

Do najlepszych ekranizacji Kinga należy zaliczyć niewątpliwie „Skazanych na Shawshank”, „Zieloną Milę” oraz „Misery”. Dwa pierwsze filmy zostały obsypane nominacjami do Oscarów, a zachwytom krytyki nie było końca. Na zachwytach i nominacjach jednak się skończyło – pierwszy miał nieszczęście konkurować o filmowe laury z „Forestem Gumpem”, drugi natomiast z „American Beauty”. Oscarowym rodzynkiem w całej historii Kinga na wielkim ekranie pozostaje za to „Misery” i pamiętna rola Kathy Bates jako Annie Wilkes.

Wysoka jakość akurat tych adaptacji może trochę dziwić, ale w rzeczywistości jest sensowna i spójna. Zaskakuje, ponieważ ciężko powiedzieć, że są to najpopularniejsze utwory Króla. Zdecydowanie więcej zwolenników znalazłyby sobie np. „Bastion”, „Lśnienie” czy heptalogia „Mrocznej Wieży”. Z drugiej strony twórcom filmowym zapewne wygodniej pracować na materiale, który nie wymaga skonstruowania i sprzedania widzowi zupełnie nowej wizji świata, w którym wszystko jest obce i nienaturalne. Zdecydowanie łatwiej pokazać wyrazistą postać w świecie dobrze znanym.

I to właśnie łączy te trzy historie – w każdej z nich mamy do czynienia z parą bardzo wyrazistych postaci, postawionych w ekstremalnych warunkach, jednak w jak najbardziej realnym świecie. Wydarzenia nadprzyrodzone, jeśli w ogóle się pojawiają, sprowadzone są do niezbędnego minimum, nadającego całej historii jedynie kontekst.
Elementem wspólnym dla „Misery”, „Skazanych na Shawshank” i „Zielonej Mili” jest również ich finał. Mimo, iż King jest wspaniałaym opowiadaczem, jego piętą achillesową zawsze były zakończenia. Często wydają się nieprzemyślane i wymuszone, jakby pisarz w pewnej chwili stwierdzał, że pora sfinalizować książkę, ale nie miał pojęcia jak to zrobić. W żadnej z trzech „oscarowych” opowieści czytelnik nie odnosi jednak takiego wrażenia – każda jest zamkniętą całością, nad którą autor panuje od pierwszej do ostatniej strony. Zakończenia te łączy jednak nie tylko jakość, ale i generalny wydźwięk.Chociaż każde z nich niesie nieco inne przesłanie, to wszystkie są gorzką wersją happy endu. Nie do końca szczęśliwą, ale z pewnością optymistyczną.

Anatomia kontrowersji

Do bardzo udanych ekranizacji Kinga wielu z pewnością zaliczyłoby również kontrowersyjne Lśnienie Kubrika. Tu jednak widzowie są mocno podzieleni – jedną grupę stanowią miłośnicy tej adaptacji, drugą osoby nią rozczarowane. Do tej drugiej grupy zalicza się zresztą sam Król, który po obejrzeniu filmu zażyczył sobie usunięcia swojego nazwiska z czołówki. Nie ma co się zresztą dziwić – pisarz na dorobku, którym King był jeszcze w 1980 r., prawdopodobnie nie potrafił przetrawić tak poważnych zmian w fabule, jakich dokonał Kubrik. Co ciekawe, autor nigdy później nie miał problemów z filmowcami dokonującymi zmian w jego dziełach.

W książkowej wersji „Lśnienia” głównym bohaterem jest mały Danny, akcja budowana jest natomiast w oparciu o zjawiska nadprzyrodzone. Jest to klasyczny horror, w którym rozwój wydarzeń determinują mówiące do bohaterów głosy. Film wywraca jednak tak przedstawioną logikę akcji do góry nogami.

Głównym bohaterem w opowieści Kubrika jest ojciec Dannego – Jack (w tej roli rewelacyjny Jack Nicholson), a wydarzenia nadprzyrodzone są jedynie katalizatorem dla jego szaleństwa. Filmowe „Lśnienie” jest bardziej studium upadku Jacka niż typowym horrorem. Klaustrofobiczna i przytłaczająca atmosfera, którą Kubrik konsekwentnie buduje już od pierwszych minut, podkreśla jedynie postępujące odrywanie się protagonisty od rzeczywistości. Dzięki tej atmosferze reżyser osiąga jednak również efekt książkowy – widz się niepokoi, a momentami jest nawet przestraszony.

Obrazek

Wielkie nieobecne

Mimo, że na przestrzeni lat bardzo wiele utworów Kinga zostało przeniesionych na ekran, a niektóre nawet kilkukrotnie, to wciąż brakuje zadowalających ekranizacji dwóch sztandarowych dzieł autora. O ile podejścia do „Bastionu” dokonano na małym ekranie w 1994 r., o tyle opus magnum Kinga, jakim jest „Mroczna Wieża”, wciąż pozostaje dla filmowców terytorium dziewiczym. Niewykluczone, że w obu przypadkach twórców kinowych przeraża wielkość nakreślonej przez autora wizji.

Wspomniana telewizyjna ekranizacja „Bastionu”, była przedsięwzięciem zarówno karkołomnym, jak i nieudanym. Książkowy świat nie do końca udało się przenieść na ekran, efekty specjalne, mówiąc najbardziej oględnie, były fatalne, a aktorzy, stanowiący w ogólnym rozrachunku, całkiem przyzwoitą grupę, jak na produkcję klasy B, grali sztywno. Twórcom tego mini serialu należy się jednak pewna doza szacunku za to, że chociaż spróbowali. Od tej pory nie znalazł się przecież nikt równie odważny.

Trudno się jednak dziwić filmowcom, że wolą unikać „Bastionu”. Pierwszym problemem z którym spotkaliby się ekranizując go, byłoby przełożenie świata z opowieści Kinga, na język wielkiego ekranu. Jest to szalone zadanie, gdyż „Bastion” ma chyba najmniej filmową strukturę ze wszystkich książek pisarza.

O ile King mógł pozwolić sobie na poświęcenie 1/3 objętości książki na nakreślenie sytuacji, o tyle formuła filmu raczej wyklucza możliwość poświęcenia akcji celem przedstawienia wizji apokalipsy. Elastyczniejsza pod tym względem byłaby zapewne formuła serialu, ale tutaj z kolei przeszkodą mogłoby być rozrzucenie bohaterów po całych Stanach Zjednoczonych. Jeżeli twórcy chcieliby poświęcić kilku- lub kilkunastoodcinkowy sezon na pierwszą część „Bastionu”, musieliby się zmierzyć z sytuacją, kiedy opowiadają o bardzo wielu bohaterach, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego – spotkać się mogą dopiero dużo później. A to dla potencjalnego widza mogłoby być po prostu mało ciekawe, zapewne ciężko byłoby mu zrozumieć co ogląda i przede wszystkim po co.

Z jeszcze większymi problemami spotkaliby się twórcy zainteresowani adaptacją „Mrocznej Wieży” – tutaj trzeba pokazać widzom świat, a właściwie wiele światów, jakich jeszcze nigdy nie widzieli. W przypadku opus magnum Kinga, magia tkwi w złożoności – na każdym kroku stykamy się z inną rzeczywistością, zanim jednak zdążymy się z nią na dobre oswoić już jesteśmy w kolejnym, zupełnie nowym i obcym otoczeniu.

Również fabularnie „Mroczna Wieża” może okazać się zbyt wielkim przedsięwzięciem. O ile jest to typowa powieść drogi – grupka bohaterów konsekwentnie dąży do celu, co z pewnością ułatwia sprawę, o tyle przyczyny podjęcia tej podróży są przynajmniej niejasne. King nigdy do końca nie wyjaśnia, co bohaterowie chcą osiągnąć poprzez dotarcie do tytułowej „Mrocznej Wieży”, ich działaniami rządzi jedynie imperatyw realizacji zamierzonego celu.

Z bohaterami hepatologii jest zresztą również dużo poważniejszy problem. Zniechęcająco na filmowców może działać fakt, że zupełnie nie są wspaniałą drużyną pierścienia. Widz może mieć poważne problemy z ich polubieniem, nie wspominając o identyfikacji z nimi. Centralną postacią jest antybohater, który fascynuje, ale może również budzić niechęć. Jego drużyna składa się natomiast z ćpuna, schizofreniczki bez nóg, małego chłopca i zwierzaka będącego krzyżówką szopa pracza z borsukiem. Interesująco, ale… niezbyt epicko.

Mimo wszystkich mało filmowych aspektów „Mrocznej Wieży”, znaleźli się chętni do przeniesienia tej wizji na ekran. Projekt, który zakłada nakręcenie trzech filmów i uzupełnienie ich dwoma sezonami serialu błąka się jednak obecnie od wytwórni do wytwórni. Na razie nikt nie chce go sfinansować i nic nie wskazuje, żeby miało to się w najbliższym czasie zmienić.

Po cichu mówiło się, że w przedsięwzięcie mogłoby zaangażować się HBO, które realizując „Grę o tron” udowodniło, że potrafi kręcić z rozmachem. Jest to jednak raczej myślenie życzeniowe niż realna szansa. Stacja zamówiła ostatnio nowy serial w świecie Pieśni lodu i ognia, nieprawdopodobne więc wydaje się, że chcieliby rozpoczynać kolejny ogromny projekt z pogranicza fantastyki i sci-fi. Szczególnie w sytuacji, kiedy żadna wytwórnia filmowa nie chce uczestniczyć w jego współfinansowaniu.

Dyskusja